close

Jaki mamy właśnie miesiąc? Podejrzewam, że u Was grudzień, ale u mnie już zagościł lipiec! A to za sprawą nowej, drugiej już płyty zespołu It’s July Already. Od 10 grudnia album Omnibus dostępny jest w sprzedaży i w serwisach streamingowych.

It’s July Already to indie rock/popowy zespół z Krakowa, który inspiruje się folkiem, garażowym, klasycznym i alternatywnym rockiem, a nawet post-punkiem. Zazwyczaj jednak stawia w swoich piosenkach na bujający rytm i szczyptę zdrowej melancholii mówią o sobie członkowie zespołu. Dla mnie to po prostu dobre, lekko oldschoolowe granie, którego z chęcią posłuchałabym na winylu, razem z płytami Beatlesów, Paula Simona czy Toma Petty’ego. It’s July Already spokojnie mogliby towarzyszyć też Doorsom czy Led Zeppelin, choć brzmią przy nich lżej i cieplej.

fot. Magdalena Tracz

Krakowski zespół tworzą: Krzysiek Winiarski (Inkubatorowicz TBM z grupy krakowskiej w edycji 2020) – gitara, wokal, Kamila Zielińska – wokal, Mateusz Madej – klawisze, Michał „Gumiak” Juszczak – bas oraz Piotrek Kozłowski – perkusja.

Co ciekawe za nagranie, mix i master utworów odpowiadają również członkowie zespołu. Wokaliści występują także w teledyskach, można więc śmiało powiedzieć, że zespół jest samowystarczalny i bardzo wszechstronny.

Koniecznie zobaczcie ich najnowszy klip , utrzymany w przyjemnym, vintage’owym klimacie lat 60.

 

Nowa płyta Omnibus łączy publikowane już wcześniej utwory z czterema nowymi kawałkami (w tym Engineers i Miracles). Album wprowadza w doskonały nastrój, momentalnie porywa uwagę słuchacza i przenosi do wakacyjnych wspomnień, starych zdjęć i znanych z opowieści rodziców lipców i sierpni, kiedy z trudem zdobywało się zagraniczną muzykę na wielokrotnie przegrywanych kasetach, trudno było dostać Coca-Colę, a papierosy były tanie! To taka letnia sielanka, dodająca energii i sprawiająca, że słuchacz czuje jakby wciąż miał 20 lat.

Zespół It’s July Already został laureatem X edycji konkursu Radia Kraków „Megafon” na najlepszy zespół z Małopolski. To doskonały dowód, że polski rynek spragniony jest dobrej jakości muzyki na poziomie zagranicznym oraz świeżości, niezdeformowanej przez chęć przypodobania się fanom popu i hałasu pozbawionego treści.Dlatego chłodnym grudniowym wieczorem, kiedy już znudzą się Wam kolędy i amerykańskie pastorałki, wydłubiecie z karpia ostatnie ości, a smętne plamy śniegu prędzej będą chciały zrobić z nas bałwana niż poddać się temu zabiegowi, na przekór zimie posłuchajcie płyty Omnibus! Załóżcie słuchawki, wyobraźcie sobie, że smartfon to walkman, zamknijcie oczy i dajcie się porwać energii tej muzyki, tańcząc po pokoju jakby właśnie zaczęły się wakacje.

Zamów album Facebook It's July Already

O wpływie otoczenia na rozwój artystyczny, o tym, czego możemy się uczyć od współpracowników i czy warto słuchać rad. Z uczestnikami Inkubatora TBM 2021 (Maja Miro, Miłosz Bazarnik Jacek Hołyński) rozmawia Ada Kućmierz.

 

Jak rodzina i otoczenia wpływają na rozwój artysty?

Jacek Hołyński: Można tutaj postawić pytanie na co rodzina nie ma wpływu? Niewątpliwie, otoczenie wpływa na nas bardzo. U mnie akurat postać brata jest kluczowa, bo on tworzył przede mną, więc pierwszy kierunek, paradygmat i zbiór cech rapu otrzymałem od niego właśnie. Od niego przejąłem nastawienie do tworzenia i stosunek do rapu, a potem już wszystko toczyło się jak kula śnieżna.

Miłosz Bazarnik: Rodzina ma ogromny wpływ! Nie pochodzę z rodziny muzycznej, ale w domu słuchało się dobrej i ambitnej muzyki. Starsza siostra chodziła do szkoły muzycznej, więc zarażała mnie pasją do dźwięków. Uczyłem się w Krzeszowicach fortepianu u pana Jarka Przybylskiego. On był moim najlepszym pedagogiem, bo jako pierwszy zaszczepił we mnie miłość do muzyki, nie skupiał się tylko na ćwiczeniu i technice, ale pozwalał mi się zachwycać tym, co gram i czerpać z tego przyjemność. 

Maja Miro: Mnie i moją siostrę wychowywała samodzielnie mama. Miała taki etos, abyśmy obydwie otrzymały bardzo dobrą edukację – taką, w której czujemy, że to jest nasza droga. Więcej mi nie było potrzebne. Nie było ćwiczenia w domu z mamą, byłam pozostawiona sama sobie. Oczywiście, parę razy się potknęłam i musiałam się pozbierać, ale to dało mi siłę. Najważniejsze było przekonanie w mojej rodzinie, że trzeba wybrać swoją własną drogę i dbać o to, żeby z niej nie zejść; dokończyć to, co się zaczęło. W moim przypadku ta rodzinna zasada zaowocowała doktoratem.

 

Czego można się nauczyć od ludzi, z którymi współpracujesz, od muzyków z którymi masz kontakt realizując projekty?

M.B: Myślę, że przede wszystkim można i trzeba nauczyć się umiejętności doboru ludzi. Kiedy wybiera się muzyków do współpracy, nie patrzy się wyłącznie na ich profesjonalizm, ale też na to, czy są dobrymi ludźmi. Jest wielu znakomitych artystów, z którymi po prostu nie da się pracować. 

M.M: Na pewno można się wiele nauczyć, ale nie zawsze jest to nauka przyjemna. Najwięcej uczymy się od osób, które są tak różne od nas, że nas to wręcz drażni. Osoba, która jest skrajnie inna od nas i wkracza w nasz świat, jeśli jest silna, sprawia, że bacznie się jej przyglądamy, a zwłaszcza tej jej części, która jest dla nas niezrozumiała, obca. 

Często pracuję w duetach i to są osoby skrajnie różne ode mnie. Tam nie ma litości, czasem się to kończy katastrofą, a czasem mocnym przeżyciem i znalezieniem wspólnej, bardzo ciekawej przestrzeni. Stajemy się wzajemnie dla siebie inspiracją i zawsze powstaje jakaś nowa, interesująca jakość. 

J.H: W ramach realizowania projektu, tak jak w przypadku naszej „Epopei placowej” możemy mieć pewne założenia, ale i tak uczymy się na błędach i doświadczeniach, okazuje się, że nasze plany mają się nijak do rzeczywistości. Wszystkiego uczymy się razem od siebie, od podstaw. Od kolegów z zespołu mogę nauczyć się czym są tonacje, jak obsługiwać program do rejestrowania i obrabiania muzyki, sam z kolei pokazuję Loży [Masorza] jak piszę teksty. Uczymy się też od siebie wzajemnego szacunku i zrozumienia.

 

Czy warto słuchać „złotych rad” kolegów z branży?

J.H: „Kto ma uszy, niechaj słucha”, chociażby po to, żeby wiedzieć, co się dzieje i wypatrywać inkszych znaków dookoła. Loża Masorza niedawno objawiła się jako stowarzyszenie, więc staram się przyjmować każdą radę dotyczącą funkcjonowania podmiotów prawnych, bo nie mam pojęcia jak to działa. Jeśli chodzi o zarządzanie zespołem, uważam, że dobrze jest słuchać rad. 

M.M: Myślę, że potrzebne są zarówno momenty, kiedy trzeba radykalnie słuchać siebie, swojego wnętrza i ufać intuicji nawet jeśli nikt nie mówi, że to co robisz jest dobre. Są też takie chwile, kiedy warto słuchać rad, sugestii i doświadczeń innych, bo może być łatwiej przejść pewne trudne etapy. 

M.B: Na pewno warto, ale akurat ja raczej przemyślałbym każdą radę dziesięć razy, zanim cokolwiek bym wdrożył. Kiedy mam jakiś zamysł realizuję go tak, jak ja chcę, ale nie jestem zamknięty na uwagi ludzi związanych z marketingiem czy organizacją. 

 

Dobrze jest słuchać mentorów, mistrzów, specjalistów czy jednak lepiej podążać za głosem serca?

M.B: Tak, ale najlepiej się zgłosić po konkretną pomoc, wtedy można z niej najlepiej skorzystać. Na Inkubator TBM przyszedłem z wieloma pytaniami i otrzymałem na nie odpowiedzi, więc z tych rad na pewno skorzystam. Artystycznie zdecydowanie będę robić swoje, ale w kwestiach wydawniczych i promocyjnych polegam na zdaniu osób, które mają większą wiedzę w tym zakresie.

M.M: Uczę się w pełni akceptować to, co naprawdę chcę zrobić. Trudny jest proces docierania do tego, czego się rzeczywiście chce i równie trudno jest przyjąć tę świadomość, kiedy już się odnajdzie swoje cele. Niełatwo jest powiedzieć sobie, że to, czego chcemy, co tworzymy, jest dobre i ma wartość. Ma prawo zaistnieć na świecie. 

Później, jak już ma się ten spokój, trzeba znaleźć wokół siebie ludzi, którzy już przeszli podobny proces i przekształcili marzenia w rzeczywistość. Podpatrywanie jak oni sobie z tym poradzili i jak rozwiązali problemy, które mnie nurtują, jest fascynujące. A jeśli chodzi o sugestie, które bezpośrednio otrzymujemy, to uważam, że wszystkie warsztaty i mądrości dotrą do nas tylko wtedy, kiedy rzeczywiście poszukujemy odpowiedzi na zadane sobie wcześniej pytania. 

J.H: Na pewno warto słuchać wskazówek, ale które z nich przyjmiemy do serca, to jest już inna sprawa. Jeśli chodzi o mnie, to niektóre rady raczej by nie przeszły. Choć z drugiej strony, w głębi, niejako je przyjmuję. Ale nie wiem czy to, że nie zawsze ich słucham wynika z mocnego pionu artystycznego czy ze zbyt słabego… (śmiech). 

 

Czy artysta może działać samodzielnie czy potrzebuje sztabu osób, które pomagają wszystko organizować?

M.M: W teorii można działać samemu, ale… po co? Sama do tego dojrzewam, że delegowanie zadań otwiera dużo więcej przestrzeni na to, w czym jest się naprawdę kompetentnym. Bardzo trudno znaleźć balans pomiędzy robieniem wszystkiego samodzielnie i przekonaniem, że nikt nie zrobi tego lepiej niż ja, a znalezieniem kogoś, komu będziemy mogli w tej sferze zaufać. Najpierw trzeba określić kogo potrzebujemy wokół siebie, ale myślę, że są osoby, które „lubią przybijać pieczątki” oraz takie, które od tego stronią i trzeba z tej różnorodności korzystać. 

J.H: Istnieją artyści, którzy doskonale radzą sobie w pojedynkę. Również występowałem jako solo MC*, ale uważam, że kontakt z zespołem mnie rozwinął, a moje występy z „livebandą” są dużo bardziej atrakcyjne. W kwestii branży, to zależy czego się oczekuje. Jeśli oczekuje się dużego sukcesu w mainstreamie, to wydaje mi się, że trzeba współpracować z odpowiednim zespołem zarządzającym, ale nie jest powiedziane, że tylko tak to się może udać. W pewnej perspektywie może być nawet łatwiejsze robić wszystko samemu, odbierać telefony, organizować sobie koncerty. A reszta zależy już od tego czy jakość muzyki jest dobra i czy jest atrakcyjna dla słuchaczy w danym czasie i miejscu.

M.B: Zdecydowanie zawsze trzeba mieć wokół siebie zaufanych ludzi. Czasem nie musi to być osoba z branży, wystarczy feedback od kogoś, z kim się nie gra, ale kto jest w stanie ocenić coś obiektywnie. Warto mieć ludzi, z którymi dobrze się realizuje nagrania, którym się ufa w kwestii miksów i masteringów. Tak samo jest z zespołem, trzeba mieć zaufanych muzyków, których się zaprasza do różnych projektów, bo po prostu lubi się z nimi grać i spędzać czas. 

 

*Master of Ceremony, improwizujący raper. przyp. red.

Doczekaliśmy się nareszcie długogrającego albumu zespołu B6. Nasi Inkubatorowicze w pandemicznym 2020 roku dobrze zagospodarowali czas, kiedy nie dane im było koncertować. Świetnie też wykorzystali wiedzę zdobytą na TBM, aby zaprezentować w pełni swoją energię i styl!
Jest popowo, miejscami rockowo i z pazurem, czasem elektronicznie, a także minimalistycznie i łagodnie.

Jak pisze zespół: „Smugi to ślady, jakie pozostawia po sobie człowiek. To wybory, emocje i przeżycia, które budują naszą drogę. Jest to sentymentalna podróż muzyczna łącząca eklektyczne rozwiązania budujące szlachetny pop-rockowy styl, romansujący z innymi gatunkami. Gitarowe brzmienia, futurystyczne synthy, głęboka, piaskowa barwa wokalu to pigułka B6”.

To, co lubię w B6 szczególnie, to niebanalne teksty, które są zrozumiałe, bliskie człowiekowi i łatwe w odbiorze dla słuchacza popu, a jednak słuchając ich raz po raz, wciąż odkrywa się nowe znaczenia!

Głos Martyny, kobiecy, satynowy, czasem kojący i leniwie głaszczący dźwięki, a czasem silny i energetyzujący, zdecydowanie sprawia, że utwory B6 rozpoznawalne są po kilku pierwszych taktach i zapadają w pamięć.

Płytę otwiera utwór Cisza, który, poprzez kilka sekund charakterystycznych trzasków, przywołuje na myśl zdartą płytę winylową – chętnie posłuchałabym tego albumu na takim fizycznym nośniku!

Nie tylko ten numer rozpoczynają dźwięki wprowadzające w nastrój utworu. W kolejnych kompozycjach pojawiają się odgłosy burzy, zakłócenia fal radiowych czy mechaniczne, rytmiczne uderzenia. 

Zaraz wracam jest według mnie esencją albumu, ale uwaga: raz posłuchane nie wychodzi z głowy!

Kolejne utwory nieco przyciemniają nastrój i skupiają uwagę na słowach.

Utwór Błękit i piach zadaje pytania, Szkła sieją wątpliwości, a Tysiące wybudzają z zamyślenia, aby znów zrobić miejsce dla utworu, który użyczył płycie tytułu. Nie miałabym nic przeciwko, aby ten utwór na żywo trwał dziesięć minut – tak wspaniale kołysze, otula i niemal medytacyjnie wciąga.

Ciekawy jest także teledysk do jednego z utworów, Moje ciało. Każdemu życzę tak radosnego i pełnego wolności stosunku do ciała, jaki Martyna prezentuje w tym obrazie. 

Znalazło się także coś dla miłośników delikatnych i minimalistycznych kompozycji. Zastygłam (ostatnia pozycja) jest zaproszeniem słuchacza do świata wyobraźni i wrażliwości wokalistki, która podzieliła się intymnym zwierzeniem, zamyśleniem doznanym być może podczas refleksyjnych dni 2020 roku… 

Płyta B6 nie tylko daje zastrzyk muzycznych witamin, ale zgrabnie rozprawia się z dzisiejszymi problemami w relacjach ze światem, samym sobą i drugą osobą. Puszcza do słuchacza oko, daje nadzieję, pozwala się zamyślić i zasłuchać. Jest kolorowo, ale zupełnie w sam raz! Doskonała propozycja na jesień.

Album dostępny jest w wersji cyfrowej na wszelkich platformach streamingowych, ukazał się 8.11.

Singiel Moje ciało na YT
Facebook B6
Instagram B6

Z Kasią i Jackiem z zespołu Kwiat Jabłoni rozmawia Ada Kućmierz

 

Jesteście ekstrawertykami czy introwertykami? A może ambiwertykami?

Kasia Sienkiewicz: Ja zdecydowanie jestem ekstrawertykiem. Najlepiej czuję się wśród ludzi. Od kilku lat wynajmuję pokój w miejscu, gdzie mieszkają też inne osoby, konkretnie dwie wspaniałe skrzypaczki. Dziewczyny mają ten sam rozmiar ubrań, więc często pożyczamy sobie rzeczy, wszystko należy do wszystkich. Czuję się doskonale wracając  do domu, w którym ktoś zawsze jest. Mamy sporo gości i dużo się dzieje. To samo mam w pracy – otacza mnie wiele osób, niemalże codziennie poznaję kogoś nowego. Taki tryb życia jest idealny dla mojego typu osobowości, bo dzięki temu się uspokajam.

Jacek Sienkiewicz: Ja jestem dosyć introwertyczny. Czuje się dobrze sam, mieszkam sam i bardzo mi to odpowiada. Choć mógłbym też się opisać jako ambiwertyk, bo bardzo lubię ludzi, chętnie przed nimi występuję i rozmawiam z nimi, ale potrzebuję pobyć czasem w samotności, żeby się zrelaksować i zebrać myśli. Podczas pandemii brakowało mi kontaktu z widzami i dopiero jak wróciliśmy do grania koncertów na żywo, poczułem, że ludzie wokół nas są naprawdę niezbędni i to dla nich jest cała nasza muzyka!

 

Nawiązując do pandemii: jaka jest dla was różnica pomiędzy graniem na żywo – kiedy widzicie reakcje widzów, ich wyraz twarzy, słyszycie jak z wami śpiewają – a koncertem online – kiedy komunikatem jaki otrzymujecie od widza są emotikony i komentarze?

JS: Dla mnie główną różnicą jest opóźnienie – dialog z widzami na sali odbywa się w czasie rzeczywistym i jest to bardzo naturalne. W internecie po każdej naszej wypowiedzi spływają komentarze jeszcze przez dobrych kilka minut i jest to bardzo dziwna forma. Trudno przednią zauważyć, że po drugiej stronie jest przecież żywy człowiek.

KS: Ja mam problem z tym, że w takich sytuacjach nie widzę reakcji ludzi i nie słyszę braw, więc nie wiem czy widownia dobrze się bawi.

JS: Tak! I wszystkie komunikaty, które do nas docierają od widzów muszą przejść najpierw przez naszą wyobraźnię. Widzę to tak, że w domach są ludzie, odcięci od nas grubym murem, i trzeba się mocno natrudzić, żeby się przez niego przebić.

 

Jacek: Kasia wyróżnia się dużą dozą empatii. Uważam, że tak ogólnoludzko jest to raczej rzadka, ale wspaniała cecha.

 

Wolicie się otaczać stałym gronem współpracowników czy poznawać nowych ludzi?

KS: Mamy stałe grono współpracowników, a to jest bardzo ważne, bo dzięki nim czujemy się w trasie koncertowej jak w domu. Jeśli w ciągu tygodnia zmienia się miejsce pobytu sześciokrotnie, to właśnie ci ludzie powodują, że czujemy się bezpiecznie. Menedżer, realizator dźwięku, mistrzyni oświetlenia, oczywiście muzycy, ale także osoby pomagające w sprawach technicznych. To nasi przyjaciele, świetne osoby. Lubimy natomiast okazjonalnie zapraszać do współpracy nowych ludzi, do konkretnych projektów. To jest, moim zdaniem, jedna z największych radości płynących z bycia muzykiem – możliwość wchodzenia w kreatywne współprace. Dzięki nim można się uczyć, rozwijać, sięgać po nowe gatunki i poznawać różne sposoby pracy.

JS: Właśnie! Zarówno stałe grono współpracowników, jak i osoby, z którymi robimy nowe projekty przynoszą mi dużo radości. Wspaniale jest też zostać zapraszanym do współpracy, gdzie trzeba się dostosować do ustalonych przez kogoś warunków pracy, tak jak ostatnio z Miuoshem. Nagrywając wspólnie jego najnowszą płytę mogliśmy się dużo nauczyć poprzez przyglądanie się całemu procesowi jej powstawania. Wielką wartością jest według mnie możliwość wyjścia ze swojej bańki muzycznej i odkrywania nowego artystycznego świata, który został stworzony przez innego człowieka.

 

Kiedy podejmowaliście decyzję o współpracy z artystami, takimi jak Ralph Kamiński, Julia Pietrucha czy Igo, to zawsze byliście zgodni, czy pojawiały się różnice zdań? 

KS: Raczej obydwoje entuzjastycznie reagujemy na wszelkie zaproszenia i zazwyczaj jesteśmy zgodni, co do wyboru osób, z którymi chcielibyśmy współpracować.

JS: Wobec tych, z którymi nawiązaliśmy współpracę nie mieliśmy żadnych wątpliwości. Rozmawiając o Drogach prostych oboje mieliśmy w głowie Julię Pietruchę, na spotkanie z Ralphem też bardzo się cieszyliśmy. Podobnie Bela Komoszyńska czy Igor Herbut pojawili się w efekcie naszych decyzji, które się zgrały w czasie i szczęśliwie doszło do realizacji planów. Zdarzało się również, że po dyskusjach ostatecznie nie decydowaliśmy się na daną współpracę, bo jedno z nas miało obiekcje z powodów personalnych lub artystycznych.

 

Kasia: Jacek jest pracowity i solidny. Jak się go o coś poprosi, to na pewno to zrobi. Dodatkowo jest super zabawny, serdeczny i pogodny, a to jest bardzo ważne w ludziach.

 

Macie wspólnych znajomych czy każde obraca się w swoim gronie?

KS: W większości to te same osoby. Chodziliśmy do tych samych szkół, jeździliśmy wspólnie na kolonie, wybraliśmy ten sam uniwersytet, więc to dosyć naturalne, że grona bliskich nam osób się zazębiają. Zawsze też zapraszamy się wzajemnie na imprezy, które organizujemy, więc znamy tych samych ludzi.

JS: To prawda. Kasia bardzo mocno wsiąkła w towarzystwo z Uniwersytetu Muzycznego i mieszka z dziewczynami z UMFC, a ponieważ ja wciąż tam studiuję, to znam tę samą grupę ludzi. Ja natomiast mam swoich przyjaciół, do których często się wybieram do Piaseczna – Kasia też ich zna, ale ja spędzam z nimi dużo więcej czasu.

KS: Z ciekawości, ilu mamy wspólnych znajomych na Facebooku?

JS: Prawie 500!

 

Gdybyście nie byli rodzeństwem, czy chcielibyście ze sobą współpracować?

KS: O! Nigdy nikt o to nie zapytał! Muszę się zastanowić… Myślę, że tak. Tak, na pewno!

JS: To kwestia tego, w jakich okolicznościach byśmy się poznali. Z Kasią zaczęliśmy współpracować bardzo wcześnie, mieliśmy podobne doświadczenia, podobne wychowanie muzyczne, trochę się wzajemnie ukształtowaliśmy wykonawczo. Gdybyśmy nie byli rodzeństwem, to bylibyśmy kompletnie innymi ludźmi.

KS: Ale zakładając, że ty grałbyś na mandolinie, a ja interesowałabym się muzyką country, to i tak prawdopodobnie wpadlibyśmy na siebie, bo w Polsce niewiele osób fascynuje się tym gatunkiem i instrumentarium. Oprócz tego pasujemy do siebie charakterologicznie. Jacek chociażby nie ma w sobie cechy, której nie znoszę, czyli zdolności do obrażania się. Dzięki temu doskonale nam się razem pracuje.

JS: Kasia też się nie obraża i to jest świetne.

 

Jakie jeszcze cechy lubicie w sobie nawzajem?

JS: Kasia wyróżnia się dużą dozą empatii. Uważam, że tak ogólnoludzko jest to raczej rzadka, ale wspaniała cecha.

KS: Jacek jest pracowity i solidny. Jak się go o coś poprosi, to na pewno to zrobi. Dodatkowo jest super zabawny, serdeczny i pogodny, a to jest bardzo ważne w ludziach.

 

A jakich cech chętnie byście się pozbyli w tej drugiej osobie?

JS: W Kasi nie lubię tego, że przyczepia się do drobiazgów. Kiedy pracujemy razem nad jakimś materiałem, to Kasia potrafi znaleźć jakiś detal i pracować nad nim do upartego.

KS: Serio? Nie wiedziałam, że cię to denerwuje!

JS: Tak, ty byś chciała, żeby pewne rzeczy były zawsze takie same, a ja cenię w muzyce spontaniczność i to, żeby muzycy mieli swobodę na scenie.

KS: Hmm… faktycznie tak jest i raczej to się nie zmieni. To kwestia tego, że kiedy zależy mi na jakimś elemencie i chcę wprowadzić zmianę, to potem bez jej wprowadzenia za każdym razem, grając piosenkę, czułabym dyskomfort. Ale mogę nad tym trochę popracować. W Jacku drażni mnie, że nie potrafi zareagować emocjonalnie i spontanicznie na daną sytuację i dowiaduję się o tym, co w jakimś kontekście poczuł dopiero długo po fakcie. Przez to czasem nie umiem go rozszyfrować na bieżąco. Jacek jest bardzo stonowany i opanowany, a ja dużo bardziej niecierpliwa i lubię od razu rozmawiać o tym, co czuję.

 

Kasia: Mam mało czasu nawet dla siebie i czuję się zmęczona, przez co nie jestem w stanie wystarczająco dobrze pracować nad swoimi emocjami, żebym potem mogła się nimi dzielić z bliskimi. Po prostu bywa, że zbyt mało mogę wnieść w relacje, by były wartościowe i dobre…

 

Kiedy obserwujecie siebie, czy widzicie jakieś znaczące różnice pomiędzy zachowaniem wśród ludzi, a zachowaniem w domowym zaciszu?

KS: Jacek jest zawsze taki sam, choć wiem, że kiedy się stresuje, to mniej mówi.

JS: A Kasia mówi więcej w sytuacji stresującej! Ale nigdy nie zakłada masek.

 

Próbowaliście wcześniej grać w innych zespołach, ale dopiero Kwiat Jabłoni tak dobrze się sprawdził i zdobył popularność. Czy to kwestia doboru odpowiednich osób do zespołu czy może innych czynników?

JS: Nie wiem jaka tak naprawdę jest kolejność zdarzeń. Czy najpierw projekt odnosi sukces i wtedy trzeba mieć u boku odpowiednich ludzi, czy jest może tak, że sukces powstaje dzięki tej wyjątkowej grupie osób, która aktualnie ze sobą współpracuje? W naszym przypadku Kwiat Jabłoni zadziałał nie tylko dlatego, że się dobrze bawiliśmy, ale także dzięki dobraniu znakomitego składu i współpracy z wieloma zdolnymi, pełnymi energii osobami. Mamy świetnego menedżera, który nam wciąż niesamowicie pomaga. Już przy pierwszym teledysku pracowaliśmy z grupą przyjaciół, profesjonalną scenografką, graficzką, mamy też wsparcie w promocji.

Kiedy odnosi się sukces komercyjny, to dopiero widać jaka masa utalentowanych ludzi współtworzy taki projekt.

KS: Z pewnością, kiedy robi się wszystko samemu, nie da się być w pełni skupionym na każdym działaniu, dlatego uważam, że podział ról jest kluczowy. Kiedyś oprócz grania próbowaliśmy ogarniać wszystko sami – na przykład samodzielnie zawoziliśmy siebie i wtedy jeszcze niewielką ekipę osób na koncerty. Teraz, kiedy każdy ma swoje zadanie, jesteśmy nieco bardziej wypoczęci, skoncentrowani i wszystko funkcjonuje sprawniej. Od kiedy pracujemy chociażby z menedżerem czy kierowcą znacząco zmieniła się nasza jakość życia, poczucie komfortu wzrosło i mamy możliwość pełnego skupienia się przed koncertem.

 

Jacek: (…) bardzo chciałbym mieć czas dla każdej osoby i każdemu udzielić odpowiedzi, ale nie mam tyle siebie samego w sobie, żeby móc odpowiednio zareagować na energię, która do mnie spływa od innych.

 

Muzykę tworzycie dla siebie czy dla innych? Z potrzeby własnej duszy czy myśląc o potrzebach odbiorców?

JS: Oczywiście chodzi nam tylko o pieniądze!

KS: I tu się różnimy! Mnie chodzi o sławę, a Jackowi o pieniądze (śmiech).

JS: Mnie zawsze chodzi o to, żeby coś wyrazić – a czy to się komuś spodoba, to już jest drugorzędne. Zależy mi, żeby Kwiat Jabłoni był projektem spójnym, który ma swoją wartość. Staram się, żeby piosenki były w jednolitym stylu, a niekoniecznie sięgam po formy eksperymentalne, nie tworzę dwunastominutowych utworów z dużą ilością improwizacji. Tworzę więc dla siebie, ale z myślą o odbiorcach.

KS: Ja tworzę wtedy, kiedy mnie coś poruszy, jestem szczęśliwa albo zaskoczona, zadziwiona, smutna – to muszą być silne emocje. Gromadzę pomysły na nowe piosenki, ale pracuję nad nimi tylko wtedy, kiedy mam natchnienie i poczuję taką potrzebę. Napisaliśmy oboje sporo piosenek, a nie wszystkie trafiły na płytę. Znam wielu artystów, którzy piszą w precyzyjnie wyznaczonych momentach, o stałych porach, w konkretnym stylu, chodzą na warsztaty z pisania i robią to bardziej mechanicznie. Ja działam inaczej.

 

Czasami nie mam tyle siły w sobie, by można jej było dodać Tobie. I bywa, że mam miłości za mało, by jeszcze kogoś kochać się udało” – to fragment jednej z waszych najnowszych piosenek. Czy czujecie czasem, że jest was za mało, żeby móc dawać coś z siebie?

KS: Tak, to akurat słowa z mojej piosenki Drogi proste. Ale myślę, że Jacek podobnie odczuwa ten tekst. Czasem czuję, że jestem przeładowana ilością spotkań, kontaktów i rozmów. Chociaż, jak wspominałam, lubię kontakt z ludźmi, czasami wyczerpuje mi się energia i nie jestem w stanie dać każdemu tyle samo uwagi. Mam mało czasu nawet dla siebie i czuję się zmęczona, przez co nie jestem w stanie wystarczająco dobrze pracować nad swoimi emocjami, żebym potem mogła się nimi dzielić z bliskimi. Po prostu bywa, że zbyt mało mogę wnieść w relacje, by były wartościowe i dobre, bo brakuje mi emocjonalnych zdolności. Oczywiście nie zawsze. To tylko opis znanego mi stanu.

JS: Mamy z Kasią podobny problem. Zawsze próbuję zadowolić wszystkich ludzi dookoła, przez co robi się ich w moim życiu coraz więcej. Nie zawsze mam czas dla moich przyjaciół i znajomych, a tym bardziej nie jestem w stanie podtrzymywać relacji ze wszystkimi osobami, które do nas piszą poprzez media społecznościowe. Szczególnie po koncertach wiadomości jest tak wiele, że nie jesteśmy w stanie ich wszystkich przeczytać, a co dopiero na każdą z nich odpisać. W takich sytuacjach czuję, że bardzo chciałbym mieć czas dla każdej osoby i każdemu udzielić odpowiedzi, ale nie mam tyle siebie samego w sobie, żeby móc odpowiednio zareagować na energię, która do mnie spływa od innych.

 

Robiliście eksperyment społeczny w Poznaniu, podczas którego siedzieliście za szybą przy ulicy i rejestrowaliście reakcje ludzi. Przygotowując się do tego wydarzenia, bardziej byliście ciekawi reakcji przechodniów czy swojej?

JS: Ja byłem bardzo ciekaw reakcji przechodniów. Mieliśmy zaplanowane jak będziemy się zachowywać, ale okazało się, że już po pierwszych minutach patrzenia wzajemnie na siebie nasze reakcje bardzo zaskoczyły nas samych. Mieliśmy być stonowani i zachowywać się jak posągi, a to okazało się zupełnie niemożliwe! Byliśmy bardzo zaskoczeni tym, co ludzie robią i tym jak to rezonuje w nas.

KS: U mnie raczej dominowały obawy, a nie ciekawość. Byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu i bałam się, że to kompletnie nie wypali. Wydawało mi się, że Polacy są za mało spontaniczni i najpewniej ich reakcje nie będą wystarczająco ciekawe. A jednak wyszło naprawdę fajnie!

 

Często mówicie o równości ludzi i zwierząt. Czym byłby świat, gdyby nie było zwierząt?

JS: Koszmar! Co za okropna wizja. Niektórzy z nas żyją w takim świecie, ale to jest świat, w którym ludzie rezygnują z naturalnych odruchów i intuicji. Kiedy przyglądam się zwierzętom, mam wrażenie, że są w wiecznym stanie medytacji, są tu i teraz, okazują zainteresowanie innymi istotami żywymi. A ludzie często zamykają się na tego typu kontakt, ograniczają się do sfery języka i nie potrafią się otworzyć na wrażliwość.

KS: Mogę się pod tym podpisać. Uważam też, że świat bez zwierząt byłby znacznie mniej inspirujący, mniej radosny i zachwycający. Zwierzęta są elementem natury, który potrafi oczarować, tak jak zachody i wschody słońca, które choć wydarzają się codziennie, to wciąż poruszają nas tak, jak gdybyśmy widzieli po raz pierwszy. Jednocześnie muszę z ogromnym smutkiem stwierdzić, że bez zwierząt byłoby na świecie znacznie mniej ich cierpienia. Z pewnością dla nich byłoby dużo lepiej, gdyby nie istniały. Człowiek traktuje zwierzęta w sposób najbardziej okrutny z możliwych.

JS: Ale bez nich, nasz świat też by nie istniał, więc i nas by tutaj nie było…

Wspomnijmy lato. Bo to jeszcze latem słuchacze Dżamana mieli okazję uczestniczyć w koncercie na żywo, który odbył się w Bazylice oo. Dominikanów w Lublinie. Na jego efekty w postaci dopracowanego brzmieniowo materiału przyszło nieco poczekać, ale już 29 października dostępny będzie wydany fizycznie album zawierający pełną live-sesję. Co jest w niej wyjątkowego? 

Przede wszystkim nie jest to Dżaman, jakiego poznaliśmy jako uczestnika TBM 2020. Tomek jako one-man band zaprosił do tego koncertu gości, a dokładnie… całą orkiestrę kameralną (pod opieką Przemysława Packa)! Z naszych informacji wynika, że jest to pierwsza na świecie próba połączenia live-loopingu z żywą orkiestrą. Dzięki tej wyjątkowej fuzji, można nasycać się brzmieniem instrumentów smyczkowych splecionych z elektronicznymi dźwiękami i syntezatorem. Znakomici są także goście – Łukasz Pietrzak na harmonijce oraz Robert Kutrzepa na perkusji. Stałym elementem jest oczywiście loopowana gitara i głos Tomka, który potrafi zahipnotyzować. 

Album, a właściwie EP, składa się z czterech utworów, które doczekały się aranżacji na orkiestrę: Mefa, singiel, który swoją premierę wraz z znakomitej jakości wideo miał 13 października, to silnie wciągający, transowy utwór, w którym instrumenty smyczkowe budują napięcie i tworzą piękną historię – aż chciałoby się ten utwór usłyszeć jako ścieżkę dźwiękową w filmie! Another time słuchaczom jest już znany, ale w orkiestralnej odsłonie brzmi dostojniej i pełniej, a harmonijka zupełnie nieoczekiwanie występuje tu jako brzmieniowy partner dla wokalu, co zdecydowanie jest nietypowym i wartym uwagi zabiegiem. Hermetyczni to jedyny na tym krążku utwór w języku polskim, dzięki czemu zapada w pamięć, porusza i na długo zostaje z słuchaczem. EP kończy sześciominutowa kompozycja  Tharmi, która pozostaje jednym z moich ulubionych utworów, dzięki swojemu medytacyjnemu charakterowi i rytmowi. Zabiera w długą podróż natrętne myśli i codzienne problemy. 

Dżaman spotyka orkiestrę i zaprasza do świata, w którym emocje stają się bezbronne, a umysł wpada we wspaniały, muzyczny trans. W wydawnictwie zabrakło mi solowych utworów, które pojawiły się na koncercie. Stanowiły one doskonały kontrapunkt dla pełnej dźwięków i brzmień formy. Szczególnie utwór Piękno stworzył niepowtarzalną atmosferę, przygotował słuchaczy na wejście w tajemniczy, metafizyczny świat i sprawił, że mury Bazyliki zawibrowały wzruszeniem. Warto oprócz fizycznej wersji albumu przesłuchać transmisji z koncertu, gdzie czeka jeszcze kilka niespodzianek!

Posłuchaj na YT
Posłuchan na Spotify
Poznaj lepiej Dżamana

 

 

Płyta Mozaika jest połączeniem odłamków muzycznych z różnych gatunków, świetnie ułożonych w jeden obraz. Album przeprowadza słuchacza przez big beat, inspiracje muzyką Czesława Niemena, po alternatywny pop rock. Teksty, które znalazły się na krążku, są autorstwa wokalistki i kompozytorki większości piosenek, płynnie splecione z poezją Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Silny i ciekawy głos Tańki jest pełen emocji, świadomości i dojrzałości muzycznej. Każde słowo ma swoje wyjątkowe miejsce w wersie, każdy dźwięk jest niezbędną częścią kompozycji, która porywa zarówno do tańca jak i refleksji. 

Album otwiera delikatny utwór Oczy na skrzydłach z tekstem Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, do której wierszy powstały jeszcze dwie pozycje płytowe. Są one także częścią projektu Maria, który pojawił się w 2020 roku, zanim zrodziła się Mozaika. Kolejne kompozycje odkrywają następne karty i dają przemówić wokalistce jej mocnym, kobiecym głosem, niepozbawionym stanowczości i młodzieńczej werwy, która eksploduje w utworze Biec. Warto obejrzeć także teledysk do tej piosenki, który karmi letnią energią! Tuż za nim czeka kolejna niespodzianka: duet! Zniewalające połączenie głosów, dzięki któremu utwór ma potężną moc. Tym większym zaskoczeniem jest fakt, że przed mikrofonem stanął nie Organek czy Krzysztof Zalewski, a… mąż artystki, Michał Szafraniec! Mamy nadzieję, że solowa płyta Michała także się ukaże w niedalekiej przyszłości! 😉

Z całości wyraźnie wyróżniają się jeszcze dwie pozycje: utwór Przemijam poraża siłą i jednocześnie niemal zawstydza swoją intymnością (koniecznie zobaczcie też klip!) Zawsze jawi się natomiast jako niezbędna szczypta lekkości i domyka całą układankę swoim kołysankowym charakterem, zgrabnie przemycając silne przesłanie.

fot. Aleksandra Ka (Fotoszuflada)

Trudno uwierzyć, że to dopiero pierwsza solowa płyta wokalistki!

Polecam ten znakomity, dojrzały debiut, który jeszcze przed premierą płyty osiągnął na każdym z trzech singli kilkadziesiąt tysięcy wyświetleń na YouTube!

Zdążycie jeszcze na premierowy koncert Tańki, który odbędzie się w Warszawie w poniedziałek, 27 września (Teatr WARSawy). 

Premiera w Teatrze WARSawy
Przedsprzedaż Mozaiki
Tańka na FB

 

Klasyczna edukacja kontra rynek muzyczny: Czy absolwenci szkół muzycznych są przygotowani do funkcjonowania w branży muzyki rozrywkowej?
Do rozmowy zaprosiłam troje uczestników TBM Summer Camp 2021: pianistkę Jowitę Cieślikiewicz, wokalistkę Tańkę Szafraniec i gitarzystę Maćka Zielińskiego. Wszyscy odebrali klasyczną edukację w szkołach i na akademiach muzycznych. Czego nauczyli się przez kilkanaście lat edukacji muzycznej, a co dał im Inkubator Tak Brzmi Miasto? Co przekazują kolejnemu pokoleniu artystów?

Czego nauczyła cię szkoła muzyczna?
Tańka Szafraniec: Szkoła muzyczna nauczyła mnie systematyczności, dostałam też ogromną bazę muzyczną, nauczyłam się techniki wokalnej, podstaw komponowania i improwizacji. Szkoła nauczyła mnie też pokory, ale takiej źle rozumianej, że nie mam własnej wartości, popełniam mnóstwo błędów i nie mogę być pewna siebie… Długo musiałam z tym walczyć, aby móc tworzyć własną muzykę. Dobrze, że trafiłam do TBM, bo dowiedziałam się jak to naprawić!

Jowita Cieślikiewicz: Ja na szczęście nie mam żadnej traumy z czasów swojej edukacji muzycznej. Nauczyłam się wszelkich spraw technicznych, gry na instrumencie i czytania nut. Mogę także śmiało powiedzieć, że w trakcie nauki zmieniła się moja percepcja muzyki, zaczęłam dużo więcej słyszeć i słuchać analitycznie. Nauczyłam się także pracy, systematyczności, pokory i wytrwałości.
Maciek Zieliński: Edukacja muzyczna nauczyła mnie techniki gry na gitarze, co dla mnie jako gitarzysty jest kluczowe. Nauczyłem się także miłości do muzyki, nie tylko klasycznej, ale także rozrywkowej. Nauczyłem się aktywnie słuchać muzyki oraz uczyć się z niej, analizować budowę utworu i cieszyć się dźwiękami, szukać tego, co w muzyce mnie przyciąga i co dla mnie jest ciekawe. Miałem szczęście do nauczycieli na każdym etapie nauki – byli pełni pasji i chętnie się nią dzielili.

Czy w szkole zabrakło ci czegoś, co uzupełnił Inkubator TBM?
Tańka: Ani szkoła muzyczna, ani studia muzyczne nie nauczyły mnie, że mam swoją wartość i godność. A Inkubator TBM właśnie to mi pokazał. Dodatkowo spotkałam mnóstwo osób, które mają z tym problem. Szkoła muzyczna pominęła również zagadnienia dotyczące promocji, managementu oraz produkcji i pisania tekstów, a te tematy w Inkubatorze TBM tworzą główną oś działania. Przykładowo, na studiach muzycznych nigdy nie miałam warsztatów z tekściarskich, a to umiejętność bardzo istotna dla mnie jako artystki. Tutaj, na Summercampie TBM, odbyło się wiele znakomitych spotkań i zajęć, dzięki którym wiem nie tylko ile popełniłam błędów, ale też jak ich unikać w przyszłości.

Maciek: Na studiach muzycznych nie dowiedziałem się jak promować i budować swoją markę muzyczną. Szkoły muzyczne uczą nas zawodu muzyka od strony praktycznej. Po Akademii Muzycznej wiem, że reprezentuję wysoki poziom w kwestii umiejętności instrumentalnych, ale mnie i pozostałym absolwentom brakowało wiedzy dotyczącej przedsiębiorczości. Nie dostaliśmy także podstawowych narzędzi z zakresu choćby produkcji muzycznej. Trafiłem na Inkubator TBM, aby nabyć umiejętności menedżerskich i… okazało się, że to wszystko jest prostsze niż się wydaje! Inkubator TBM nauczył mnie jak zarządzać swoją karierą, jak organizować trasy koncertowe i jak rozwijać promocję.

Jowita: Niestety szkoła muzyczna nie uświadamia, że można być aktywnym muzykiem, nie będąc wirtuozem. Według szkolnych standardów albo jest się najlepszym, albo nie istnieje się wcale. Pianiści nie mają w programie nauki gry w zespole, więc nie wiedzą, że istnieje coś innego poza solistyczną karierą. Ja dosyć wcześnie trafiłam do zespołu rockowego, awangardowego, i okazało się, że mimo swoich umiejętności, nie potrafię sama z siebie zagrać czegoś, co będzie pasowało do już skomponowanego utworu, nie potrafię improwizować. Bardzo silnie odczuwałam także brak podstawowej edukacji w kwestiach przedsiębiorczości. Na Inkubatorze TBM nauczyłam się, że muzyk sam musi być dla siebie menedżerem, powinien wyznaczyć sobie ścieżkę swojej kariery muzycznej. Czas edukacji jest czasem poszukiwań drogi dla siebie, ale później przychodzi moment konfrontacji z rzeczywistością… I ten, kto wierzy w cud, że ktoś go odkryje, bo jest dobrym i rzetelnym muzykiem, niestety jest w błędzie.

Jak pomagasz swoim uczniom poradzić sobie w przyszłym życiu z muzyką?
Jowita: Pracując z dziećmi traktuję edukację muzyczną jako wielokierunkową naukę rozwojową, a nie tylko przygotowanie do zawodu. Nauka muzyki i gry na instrumencie pomaga nam w innych dziedzinach, rozwija umysł. Dlatego ja chcę pokazać, że nauka gry może być wspaniałą zabawą, można improwizować, pisać własne piosenki i rozwijać się, czerpiąc z tego przyjemność. Nie chcę, aby moi uczniowie mieli jakiekolwiek traumy, urazy i źle wspominali edukację. Muzyka ma być zabawą i pasją, a także pracą połączoną z przyjemnością.

Tańka: Od 11 lat uczę śpiewu, a ostatnio prowadzę zajęcia głównie dla dzieci. Na pewno po Inkubatorze TBM będę swoim uczniom więcej mówiła o tym, jak realizować swoje plany muzyczne i będę im tłumaczyła to, czego sama długo nie wiedziałam: nie można tylko czekać, aż coś w magiczny sposób odmieni nasze życie, a kariera potoczy się sama. Mamy zawsze jedynie to, na co sami sobie zapracujemy. Cuda, owszem, zdarzają się, ale bardzo rzadko…

Maciek: Ja uczę stosunkowo niedługo, w ognisku muzycznym mam grupę dzieci w wieku 7-12 lat. To są najczęściej ich pierwsze spotkania z muzyką, więc obiecałem sobie, że zarażę ich pasją do muzyki. Młodych gitarzystów uczę tego, że gitara jest instrumentem, który można wykorzystać w wielu sytuacjach. Można na nim grać i klasyczne, i rozrywkowe utwory, zabrać na ognisko czy zaśpiewać najprostsze piosenki. Jeśli uczeń wykazuje predyspozycje do dalszej nauki, to zachęcam go, aby spróbował swoich sił w szkole muzycznej. Natomiast dla mnie jest najważniejsze to, aby uczniowie czerpali przyjemność z grania, traktowali to jak pasję, przyjemność, żeby przychodzili na lekcje z radością i mieli z grania ogromną frajdę.

Choć płyta ukazała się w grudniu 2020 roku, dziś słuchamy jej jak powiewu świeżości w sierpniowym skwarze.

Album utrzymany jest w jazzowo-folkowej stylistyce, poprzetykany improwizacją i białymi zaśpiewami. Można w nim doszukać się inspiracji polską piosenką artystyczną i etno jazzem, jednocześnie chwytliwe melodie i forma utworów nawiązują do muzyki popowej. 

Magda jest autorką tekstów i muzyki, na swojej płycie zaprosiła do współkomponowania Patryka Czyżewskiego oraz Dominika Kisiela (który jest autorem muzyki do utworu „ponadfrunę” i gościnnie gra na fortepianie). 

Jak pisze wokalistka: „Album to siedem autorskich utworów będących tytułowymi PLONAMI doświadczeń, plonami czasu i plonami zdarzeń, które wywarły na mnie mocny wpływ”. 

Słuchając utworów Magdy można wyraźnie odczuć przestrzeń, siłę improwizacji i muzyczną wolność, a także zamiłowanie do minimalizmu. Wokalom (oprócz Magdy na płycie śpiewa także Małgorzata Oleszczuk i Maciej Świniarski) towarzyszą Patryk Czyżewski (fortepian), Michał Kowalczyk (kontrabas) i Robert Kutrzepa (perkusja). 

Warto wsłuchać się w teksty, które poprzez wrażliwość, metafory oraz nawiązania do ludowych baśni przywodzą na myśl poezję Bolesława Leśmiana, będąc jednocześnie opowieścią o przeżyciach młodej, współczesnej dziewczyny.

Niektóre piosenki, takie jak ogród wpadają błyskawicznie w ucho, zachęcają do powtarzania refrenu, aby po chwili jazzowym akcentem znów obudzić czujność słuchacza. 

Bazie zaczarowały mnie najbardziej swoją prostotą, pięknem słów i odległymi, przestrzennymi wokalami, a wejście duetu przyjemnie zaskakuje i pozwala wejść w kołyszący świat emocji. 

Plony są propozycją dla słuchaczy zarówno delektujących się jazzem, jak i dla tych, którzy cenią słowo i czystą, łagodną barwę głosu z pogranicza piosenki artystycznej i etnicznej. 

Polecam tym, którzy pragną spędzić letni czy jesiennym wieczór przy garści nastrojowych dźwięków.

 

Głos Społeczności: #plony

 

Maciek Niewiadomski i Roman Wróblewski. Po jednej stronie rozwijający się i aktywny menedżer oraz gitarzysta indie rockowego zespołu, po drugiej samozarządzający się pianista. Zapytaliśmy przedstawicieli społeczności, reprezentantów nowej branży muzycznej o pracę nad plonami: jak siać, żeby rozwijać karierą muzyczną, kiedy jest czas odpoczynku, czy porażki mogą nieść plony?

 

Ada Kućmierz: Jak siać, żeby zbierać dobre plony?

 

Maciek Niewiadomski: Moim zdaniem dobrze jest wszystko robić partiami, skupiając się w danym momencie tylko na jednym aspekcie zadania. Najlepiej zaplanować, co i kiedy chcemy zrobić, umówić się z zespołem tak, by każdy wyraził zgodę na wspólny plan i mógł się do niego dostosować. W jednym terminie robimy piosenki, w innym – teledyski. Dobry plan ogranicza stres i daje większą szansę na dobre zbiory. Kolejna, a nawet podstawowa rzecz, to: zacząć od muzyki. Jeśli ona będzie dopracowana, taka, jak sobie życzyliśmy, to możemy podejmować dalsze kroki.

Roman Wróblewski: Dla mnie najważniejsza jest jakość ziarna, jakie siejemy. Tę jakość można wypracować na wiele sposobów: wydać na to dużo pieniędzy albo poszukać zdolnych ludzi, którzy także szukają możliwości kreatywnego rozwoju. Należy również wybrać rodzaj tego ziarna, wymyślić je. Warto stawiać na to, żeby wszystko wychodziło od serca i było gruntownie przemyślane. Wszystko, co produkuję, także teledyski czy sesje zdjęciowe, jest przeze mnie wymyślone i czuwam nad każdym etapem. Raz zrobiłem coś bez wcześniejszego przemyślenia i straciłem na tym 1000 euro. To była kwestia niewłaściwego doboru ekipy, dużo się wtedy nauczyłem. Zrobiłem ten sam klip drugi raz z innymi ludźmi, zapłaciłem więc podwójnie, ale czuję, że to się opłaciło. I absolutnie uważam, że trzeba płacić współpracownikom!

Dużo się zmieniło w czasie pandemii… na co liczyliście, siejąc wcześniej? Jakie plony uzyskaliście?

 

RW: Moje oczekiwania w zderzeniu z pandemią znacząco zmalały,więc wszelkie sukcesy przyjmuję z wielką wdzięcznością. Oczywiście chciałem grać więcej koncertów po wydaniu płyty, liczyłem na nie bardzo… Przed pandemią miałem rozpisane dwa scenariusze na teledyski, nagrywałem płytę i wyobrażałem sobie, że jeśli zrobię wszystko tak, jak w podręcznikach o biznesie muzycznym, to uda się przynajmniej zatoczyć pełne koło, a bez koncertów brakuje ¼ tego okręgu.

 

MN: Z Jelsą planowaliśmy nagrać nowe piosenki, wydać album, mieliśmy zaplanowanych kilka koncertów. Pandemia oczywiście pokrzyżowała te plany. Udało się wprawdzie nagrać wiele piosenek, ale ich nie wydaliśmy, bo pojawiły się inne projekty. Z perspektywy czasu widzę, że żniwem pandemii była duża zmiana na polu priorytetów każdego z nas. Każdy miał czas, znalazł przestrzeń dla siebie i zrozumiał na czym naprawdę mu zależy. To sprawiło, że nasze drogi się nieco rozeszły i każdy rozwinął inny projekt. Oczywiście nadal planujemy wydać wspólne utwory, ale zespół już nie jest dla nas na pierwszym miejscu.

 

Czyli to, co było przypadkowo rzuconym ziarnem, może nawet wydawało się chwastem, stało się motorem, bodźcem albo i źródłem inspiracji.  Przekuwanie porażek w siłę? Jak sobie radzić z niepowodzeniami?

 

MN: Cieszyć się z nich! I nie myśleć o nich zbyt długo. Niepowodzenia są elementem codzienności, więc trzeba się do nich przyzwyczaić i nauczyć się z nich czerpać. Uczę się ciągle, że porażka to jest nauka. Cieszę się z tego, że jest to obszar do poprawy i za każdym razem dziękuję losowi, że nieprzyjemna sytuacja zdarzyła się już teraz, a nie za kilka lat. Ostatnio inspiruje mnie bardzo serial Ted Lasso. Główny bohater przeżywa same porażki, ale każdą z nich obraca w coś dobrego i jest jednym z najbardziej pozytywnych bohaterów, jakim ostatnio się przyglądałem.

 

RW: Ostatnio z porażek uczę się tego, jak dobierać ludzi do współpracy. Nie boję się ryzykować, choć zdarzyło mi się trafić na wiele niewłaściwych osób. Na pewno uczę się też tego, że warto planować to, w co inwestujępieniądze. Teraz planując sesję zdjęciową wybrałem przestrzeń, fotografa, pracuję nad moodboardami, oglądam albumy z fotografiami, tworzę postać, spotkam się z fotografem na zoomie i dokładnie rozpisujemy,jakie zdjęcia, w którym miejscu chcemy uzyskać. Kiedynie byłem przygotowany, ponosiłem porażki, bo nie wiedziałem, czego chcę. Traciłem też dużo pieniędzy, które teraz są szczególnie ważne. Porażki to także okazja do nauki poprzez rozmowy z najbliższymi osobami, które potrafią powiedzieć prawdę i pomóc w ocenie rzeczywistości. Ważne jest też to, że – aby uniknąć mocnego zderzenia z porażką i rozczarowania –warto mieć bardzo małe i realne oczekiwania.

 

Co przynosi lepsze efekty: wprowadzanie urozmaicenia czy specjalizacja w jednej dziedzinie?

 

RW: Na razie skupiłem się na specjalizacji w muzyce fortepianowej, aczkolwiek zaczynam już pracę nad nowymi projektami, w tym elektronicznym i jazzowym. Myślę, że takie zawężenie działań jest zdrowe, bo kiedy próbowałem robić kilka rzeczy na raz, to właściwie nic nie było na wysokim, satysfakcjonującym mnie poziomie. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że w swoim 15-letnim doświadczeniu scenicznym otarłem się o przeróżne gatunki muzyczne i wiele zespołów, więc w pewien sposób już spróbowałem tego, czego chciałem, mam to za sobą i stąd wiem, że moje wybory są świadome. Jeśli natomiast chodzi o promocję, tu stawiałbym na wszechstronność. Sam obserwuję modę i trendy technologiczne, Myślę, że warto się zastanowić, jak w danej przestrzeni się promować – poznać zasady działania playlist na Spotify, szkolić się z Facebooka i Instagrama czy zapoznać się z TikTokiem. Ja stawiam na dotarcie do ludzi. Nie chodzi o liczby, ale o działanie tak, by muzyka trafiała do tych osób, które będą chciały jej słuchać.

 

MN: Ja działam bardzo różnorodnie, oprócz grania w zespole zajmuję się produkcją muzyki, managementem, uczę się bookingu, więc jestem team #różnorodność (śmiech). Natomiast na każde z tych pól przypada tylko jeden wybór: jestem menedżerem jednej artystki i jednego artysty, gram w jednym zespole, uczę grać na gitarze, ale nie rozwijam tej działalności w kilku szkołach.

 

W naturze jest czas siania, zbierania i odpoczynku. Czy planujecie czas w taki sposób, żeby wykonać pewną pracę w wyznaczonych odstępach czasowych, a później planujecie czas na odpoczynek i „zimowanie” idei?

 

RW: Ostatni czas jest dla mnie bardzo pracowity. Teraz udało mi się złapać kilka dni odpoczynku w Portugalii, ale zwykle pracuję bardzo dużo. Dzielę swój czas na pracę twórczą, prace wydawnicze i odpoczynek, który częściowo przeistacza się w pracę twórczą. To, gdzie jestem i z kim przebywam mocno mnie inspiruje, więc nawet, jeśli podróżuję, to gdzieś zapisuję nowe pomysły, notuję, tworzę.

 

MN: To mój największy obszar do pracy. Wydzielenie czasu na odpoczynek i umiejętność odpoczywania. Chciałbym umieć zamknąć pewne tematy i potem odpocząć. Aktualnie wszystko się nakłada i zazębia. Póki co, takie tempo mi odpowiada, mam dużo pracy i czas na krótkie wakacje, ale nigdy nie wypoczywam w pełni. Myślę, że aby pracować efektywnie, trzeba umieć oczyścić głowę i się zresetować, żeby przygotować miejsce na kolejne projekty i naładować baterie do dalszej pracy.

Rozmowa z Natalią Kwiatkowską i Robertem Kapkowskim z zespołu Cheap Tobacco.

Ada Kućmierz: Jaka jest tajemnica inwestowania w karierę muzyczną i rozwój zespołu, żeby zbierać dobre i obfite plony?

Robert Kapkowski:  Każdy musi siać inaczej, nie ma jednej drogi. Trzeba wiedzieć, co się chce robić, jak bardzo jest to ważne i ile można dla tego poświęcić.o i cały czas działać! Oczywiście ponosi się często więcej porażek niż sukcesów. Ale im więcej zasiejemy, tym więcej będzie można zebrać tych dobrych rezultatów. My dużo działaliśmy i w Polsce, i za granicą, ale na efekty trzeba było czekać długo. Zazwyczaj sukcesy przychodziły w najmniej oczekiwanym momencie.

Natalia Kwiatkowska: To jest też kwestia odpuszczenia. Wiele rzeczy przyszło do nas właśnie w momencie, kiedy po usilnej pracy nie było widać efektów, więc w końcu odpuszczaliśmy, szliśmy na spacer i…dzwonił telefon. Moim zdaniem ważne jest, żeby nie zwracać uwagi na ograniczenia, robić swoje i próbować. Na początku wiele kroków robiliśmy po omacku, ale okazało się, że kiedy się nie boimy, odważnie podchodzimy do ludzi, wysyłamy maile, dzwonimy i zagadujemy w myśl zasady „nie mam nic do stracenia”, to dzieją się wspaniałe rzeczy!

RK: Trzeba się też nauczyć tego, że nie wszędzie gdzie zapukamy, będziemy mile przyjęci. Natomiast warto, zanim się zapuka do danych drzwi, wiedzieć czego się chce i dlaczego chce się poznać akurat tę osobę. Nie można też podążać za modą, bo zanim efekt naszej pracy wypłynie na powierzchnię, moda może przeminąć.

Czy od początku wiedzieliście, że warto inwestować właśnie w ten zespół i poświęcić się muzyce?

RK: Nie wiem, czy słowo „poświęcić” jest tu właściwe, bo jeśli coś sprawia ci przyjemność i wiesz, że chcesz to robić na sto procent, tak jak było u nas, to wówczas to nie poświęcenie, tylko przyjemność i satysfakcjonująca praca. Od samego początku zastanawialiśmy się jak to zrobić, żeby móc przeznaczać na zespół cały swój czas. Osiem godzin pracy w innym zawodzie odpadało. Pytanie brzmiało: jak to zrobić, aby już na etapie pisania i komponowania piosenek móc się temu w całości oddać i na ile da się „zacisnąć pasa”, aby to, co robimy na co dzień pozwoliło nam na skupieniu się na muzyce. Wiedzieliśmy na pewno, że bardzo chcemy to robić i łatwo się nie poddamy.

Jak radziliście sobie finansowo?

RK: W tym pomogło nam wiele konkursów czy przeglądów. Nagrodą często było np. zagranie na festiwalu w kolejnym roku lub nagranie epki, na którą nie było nas stać. Wtedy już wiedzieliśmy, że musimy się spiąć i grać dużo w klubach dla publiczności, aby być na te większe występy gotowym. To jest niesamowicie ważne, żeby nawet w okresie, kiedy nic się nie dzieje, przygotować się na przyszły sukces, umieć współpracować ze sobą na scenie i w studio, wiedzieć, czego się oczekuje od kolegów z zespołu, realizatorów dźwięku i obsługi sceny.

Czyli warto przygotować sobie zawczasu grunt i dbać o już zasianeziarna, zanim wyrosną. Czy jest tam miejsce na spontaniczność i intuicję? 

NK: Ja wiele rzeczy robiłam zupełnie spontanicznie. Pojawiały się sytuacje, że nagle można gdzieś pojechać, kogoś poznać – to było bardzo lekkie i zawsze przynosiło coś dobrego. Próbowałam także robić wszystko „jak trzeba”: chodzić na konferencje, zachęcać do słuchania naszej muzyki, umawiać się na spotkania. To oczywiście też przynosiło efekty – tak, jak to się stało z Kanadą.

RK: O, to jest ciekawa historia! Z góry wiedzieliśmy, że nie uda nam się załapać na umówione spotkanie z kilkoma znaczącymi osobami i przygotowaliśmy już zawczasu maile do tych osób, żeby powiedzieć im jak bardzo zależy nam na rozmowie i prosimy o chwilę czasu, mimo że nie jesteśmy wpisani w harmonogram.

NK: Chodziło o Davida Silbaugh z festiwalu Summerfest w Milwaukee. „Cisnęłam na upartego”, wysłałam maila, prosiłam o spotkanie. Finalnie udało mi się złapać go po godzinach w barze, rozmawialiśmy pół godziny na zupełnym luzie i naprawdę mieliśmy flow. Zaowocowało to zaproszeniem na festiwal i…gdyby nie „plagi egipskie” w zeszłym roku gralibyśmy na Summerfest! Ale były też momenty, kiedy tłukłam głową o ścianę i to nic nie dawało, poza stłuczoną głową, oczywiście. Wtedy trzeba, jak mówiłam, odpuścić.

Na jakie zbiory nastawialiście się przed pandemią, a jakie plony wydał kryzys?

RK: Zebraliśmy naprawdę dużo! Nie ma co żałować i pławić się w porażkach. Miało być oczywiście wiele festiwali w Polsce. Mieliśmy jechać do Stanów.. Miały być też: Rosja z Moscow Music Week, Gruzja, Szwecja… W lutym już wiedzieliśmy, że jest dobrze, że zbiory będą ogromne, mieliśmy wrażenie, że całe zespołowe życie sialiśmy właśnie na ten sezon. Mieliśmy zaplanowany praktycznie cały rok!

NK: Każdy z nas coś dostał od tego czasu. Każdy z zespołu określił się ponownie, że chce nadal być jego częścią, że jesteśmy w tym wszyscy razem. Pisaliśmy piosenki, pracowaliśmy wolno, ale daliśmy sobie czas na tę pracę, kombinowanie, sprawdzanie. Teksty na pewno też są bardziej dojrzałe – coś się zmieniło.

RK: Planowaliśmy wydanie nowego albumu. Wcześniej nie wyobrażaliśmy sobie wyłamania się z narzuconych sobie deadline’ów, ale okazało się, że życie chce nas nauczyć cierpliwości i elastyczności. Wykorzystaliśmy więc ten czas na naukę produkcji muzycznej, w której każdy z nas się podszkolił i na pewno to zaowocuje w przyszłości. Już nasze wejście do studio było zupełnie inne niż zwykle. Przynieśliśmy cały materiał przygotowany i zmiksowany, doskonale wiedząc, czego oczekujemy.

NK: Ja nauczyłam się też, jak ważne są dla mnie relacje, czas spędzony z bliskimi i higiena pracy. Dawniej, kiedy był gorący okres, potrafiłam wstawać rano, jeszcze w łóżku, w piżamie, łapać laptopa i wysyłać maile, a po przerwie na kawę pracować znowu do późnego wieczora i tak spędzałam kilka dni z rzędu. Teraz obiecuję sobie, że kiedy wszystko wróci do normalnego tempa, będę umiała zachować równowagę i znaleźć własny, zdrowy rytm pracy i życia prywatnego.

RK: Dobrze się nauczyć, że jeśli nie zrobiło się czegoś do 16-tej, to należy to przełożyć na następny dzień. Też miałem taki rok, kiedy grałem w dwóch zespołach, zagrałem 160 koncertów, nagrałem dwie płyty i właściwie wychodziłem z busa czy wstawałem od laptopa wyłącznie po to, żeby wejść na scenę, a po zejściu z niej ten schemat się powtarzał. Zaowocowało to tym, że musiałem zrobić gwałtowną przerwę i zrobić uprawnienia instruktora snowboardu.

NK: Bo ty się musisz nauczyć odpoczywać tak naprawdę, to jeszcze przed tobą! (śmiech)

Czy lepiej wyspecjalizować się w wąskiej działce czy rozszerzać działania na inne pola?

NK: Ja nie umiałabym robić tylko jednej rzeczy. Oprócz Cheap Tobacco mam także solowy projekt i trio kobiece (Ornery Broad) oraz duet z Robertem. Niestety na te projekty zostaje bardzo mało czasu: w trasę z dziewczynami czy z samą sobą jadę wtedy, kiedy akurat jest wolna przestrzeń od zespołowych działań. Dla mnie bycie wyłącznie w jednym nurcie skutkuje poczuciem, że stoję w miejscu. Dzięki działaniu na kilku polach mam poczucie rozwoju i zmian. To chyba też jest zdrowe.

RK: W Cheap Tobacco nie trzymamy się jednego gatunku, robimy swoje, a każdy może to nazwać, jak chce. Sami nie wiemy czy kolejna płyta będzie elektroniczna, rockowa, jazzowa, czy jeszcze inna.

NK: My chcemy być po prostu Cheap Tobacco. Sobą. Chcemy, żeby każdy, słuchając nas, wiedział, jak brzmimy. Ale nie planujemy zamykać się w żadnych ramach. Poznaliśmy się na jam session bluesowym i w tym środowisku wyrośliśmy. Jeździliśmy na przeglądy bluesowe, pojawiły się nagrody…  Zaczęliśmy być określani jako zespół bluesowy właściwie bez szczególnego starania z naszej strony.

RK: Z kolei ostatnio już daleko odeszliśmy od bluesa, więc zaskoczyła nas propozycja zagrania na pewnym festiwalu. Dostaliśmy umowę, warunki finansowe, wszystko było potwierdzone i…organizator zadzwonił po tygodniu mówiąc, że przesłuchał nasz materiał i jednak nie możemy zagrać, bo przecież nie gramy bluesa! W sumie ucieszyło nas to, że ktoś posłuchał naszych piosenek i zauważył zmianę (śmiech).

Nie korciło Was wtedy, żeby podesłać inne kawałki i przygotować setlistę w tym stylu?

RK: Zupełnie nie! Staramy się tak nie działać, żeby dostosowywać się do czyjeś wizji naszego zespołu. Zdarzyło nam się wprawdzie zagrać na festiwalu jazzowym i zahaczyć o przegląd metalowy, ale to były etapy w naszym rozwoju, które pomogły też w określeniu się i ukształtowaniu zasad działania.

W naszej rozmowie padało hasło „porażka”. Czego się uczycie z niepowodzeń?

RK: Żeby wyciągać wnioski, ale się nimi nie przejmować! Mieliśmy taką sytuację na początku współpracy: zagraliśmy już kilka festiwali czy przeglądów i chcieliśmy zabookować koncert w jednym z domów kultury. Pan, który odebrał telefon, ocenił nasze doświadczenie: „widzę, że graliście tu i tam, ale jak na Rawie nie zagraliście, to nigdzie nie graliście!”. Natalię bardzo to dotknęło, bo długo pracowała nad trasą, dopiero ucząc się bookowania (skutecznie, bo zaplanowała 17 koncertów na miesiąc bez powrotu do domu!). Co zabawne, pół roku później zagraliśmy na Rawie.

NK: Tak było! Żeby zrobić tę miesięczną trasę siedziałam przed komputerem trzy miesiące, nie wychodząc z domu i odmawiając spotkań wszystkim znajomym! Przejechaliśmy 11 tysięcy kilometrów w Citroenie Berlingo i zarobiliśmy zawrotną kwotę półtora tysiąca złotych na osobę (odejmując koszty życia). Później przez dwa tygodnie się do siebie nie odzywaliśmy (śmiech). W każdym razie ta trasa bardzo dużo mnie kosztowała, więc rozmowa z panem, który zrównał nasze doświadczenie z ziemią, okropnie mną wstrząsnęła, długo płakałam i nie mogłam się z tym pogodzić. Powiedziałam sobie wtedy, że kiedyś to on do mnie zadzwoni i będzie prosił o zagranie koncertu (śmiech)!

Zadzwonił?

RK: Tak! Ale musieliśmy odwołać ten koncert. Nie ze złośliwości, coś nam akurat wtedy wypadło, ale… był to rodzaj mściwej satysfakcji.

NK: Ta porażka sprawiła, że już po prostu niczym się nie przejmuję!

RK: No właśnie, wracając do porażek, to wszystko też jest kwestią spojrzenia: jeśli wykonasz siedem telefonów i dostaniesz sześć odmów, to będziesz zdruzgotany. Ale jeśli wykonasz 400 telefonów i 320 spotka się z odmową, ale za to zagrasz osiemdziesiąt koncertów, to pytanie: to jest sukces czy porażka?

A czego uczą was sukcesy?

RK: Sukcesy nigdy nie przychodzą same i bez wcześniejszych potknięć. W ciągu jednego roku dostaliśmy nominację do Fryderyków w kategorii za płytę Szum, nominację w Antyradiu w kategorii Płyta roku i Wokalistka roku, zagraliśmy na festiwalu Sziget na Węgrzech i w Trójce (zwanej „dawną Trójką”). Chwilę wcześniej zagraliśmy na Sofar i zyskaliśmy tytuł „nadziei roku” magazynu Teraz Rock. To wszystko wydarzyło się tuż po tym, jak straciliśmy kompletnie wiarę w jakikolwiek sukces po rocznej, wytężonej pracy i rozstaniu z menedżerką, która rzekomo załatwiła 30 koncertów, a żaden z nich się nie odbył i przez to musieliśmy opóźnić premierę płyty. Tej samej płyty, która dostała nominację do Fryderyków…

Jakie macie tegoroczne plany na… plony? Jakich zbiorów oczekujecie po letnich festiwalach i koncertach?

Właśnie wydaliśmy nasz najnowszy singiel Zobaczmy siebie, który jest zapowiedzią nowej płyty. Zagramy trochę koncertów w sezonie letnim w Polsce i za granicą. Ważnym punktem tej muzycznej letniej mapy jest koncert na Dużej scenie festiwalu Pol’and’Rock. Cieszymy się, że w końcu możemy pokazać światu nasze nowe piosenki, które tworzymy już od dłuższego czasu i dojrzewały w nas przez ten czas zawieszenia. To jest dla nas niezwykle ważny materiał. W planach jest także nagranie dwóch piosenek anglojęzycznych na Węgrzech na zaproszenie zespołu Woodstock Barbie.

Najnowszy singiel “Zobaczmy siebie” na Youtube

CHEAP TOBACCO to mocne współczesne brzmienie rockowe pokolenia 30-latków

połączone z charyzmatycznym głosem Natalii Kwiatkowskiej, która czterokrotnie została wybrana najlepszą bluesową wokalistką w Polsce. Od 2010 roku, w którym powstał zespół, grany materiał jest w pełni autorski, tworzony z kompozycji Roberta Kapkowskiego, Michała Bigulaka, Bartka Kołodziejskiego i wokalistki, a zarazem autorki tekstów, Natalii Kwiatkowskiej.

Przez ostatnie 10 lat wiele się działo, z najnowszych sukcesów zespołu warto wymienić występ na dużej scenie festiwalu Pol’and’Rock 2021, występ na Venegy Festiwal na Węgrzech (czerwiec 2021) czy zaproszenie na największy festiwal w USA Summer Fest 2020, występ na Festiwalu Sziget na Węgrzech latem 2019 czy dwa koncerty podczas CANADIAN MUSIC WEEK 2019.

http://cheaptobacco.pl

 

Czy oddech od koncertów dobrze nam zrobił? Czym jest oddech w muzyce? Czy czasem zapominamy oddychać? Przy czym łapiemy oddech?

Z tymi pytaniami zmierzyli się nasi rozmówcy: Agnieszka Mendel i Maciek Hanusek z zespołu Tara Gayan oraz Tomek Dżaman.

Czym dla ciebie jest oddech?

Maciek Hanusek: Dla mnie to jest pomost, coś, co sprawia, że jestem połączony ze światem. Organicznie to odruch bezwarunkowy, reakcja, która sprawia, że coś absorbuję, wchłaniam świat. Nie da się tego zatrzymać i to sprawia, że jesteśmy połączeni ze światem. Taki łącznik, niewidzialna żyłka.

Agnieszka Mendel: O, to ciekawe z tym łącznikiem! Ostatnio mocno odczułam, że tym co łączy naszą duszę z ciałem jest oddech. W rozumieniu cielesnym, tu na ziemi, żyjemy tak długo jak oddychamy. To jest taka srebrzysta nić, która jest nieuchwytnym łącznikiem pomiędzy ciałem, które po nas pozostanie, kiedy stąd odejdziemy, a tym, czym być może jesteśmy i czym będziemy kiedy zaczniemy wędrować dalej.

Tomasz Dżaman: Oddech jest przestrzenią i wolnością. Jeśli jest przestrzeń, to oddycha się swobodnie. Każdy oddech to taka filtracja rzeczywistości. Wdychamy tlen, wydychamy dwutlenek węgla i tak samo wdychamy czyjąś twórczość, a wydychamy swoją mieszankę otrzymanych bodźców w postaci swojej sztuki.

Jeśli oddech łączy człowieka ze światem i duszę z ciałem, to czym jest oddech w muzyce?

T.D: To taka rytmiczna fala, sinusoida wdechu i wydechu. W mojej muzyce, poprzez używanie loopów, powtarzalność jest bardzo znacząca, kolejne warstwy buduję na tej sinusoidzie, dzięki temu wszystko się spaja. Lubię śpiewać oddechem, dodawać go dużo do barwy głosu. Kiedy śpiewam, skupiam się na oddechu, myślę, ile go potrzebuję, aby zaśpiewać daną frazę. Moja nauczycielka śpiewu poleciła mi zaznaczać w utworze oddech na samym początku, kiedy zaczynam nad nim pracę.

M.H: Dobre pytanie. Pracuję teraz na miksem i chyba czas zastanowić się czy mój utwór ma w sobie wystarczająco dużo oddechu… Jeśli rozumieć oddech jako przerwę czy pauzę, to jest tym, co pozwala zrównoważyć napięcie. Przestrzeń pomiędzy dźwiękami to miejsce, w którym tak naprawdę jest muzyka. Przecież utwór Johna Cage’a 4:33 jest zagrany na samym „oddechu”. To jedna, długa pauza. I to jest świetne! W muzyce jest to więc umiejętność tworzenia niedopowiedzianej i nieumeblowanej przestrzeni dla wyobraźni słuchacza.

A.M: W hinduizmie oddech, oprócz wielu innych znaczeń, oznacza również miarę czasu. Spędziłam sporą część swojego życia w teatrze Gardzienice, gdzie pracowaliśmy dużo z muzyką i przez wiele lat zajmowaliśmy się badaniem muzyki antycznej Grecji. Szukaliśmy klucza między innymi poprzez analizę sąsiedzkich rytmów bałkańskich, zarówno starożytnych jak i współczesnych. Doszliśmy do tego, że bardzo istotną rolę w muzyczności pełni oddech dźwięczny. To takie połączenie wokalizy i instrumentacji. Oddech więc kojarzy mi się z najgłębszą formą muzyki.

Czy wykorzystujecie oddech jako rodzaj dźwięku w swoich nagraniach?

A.M: Tu możemy mówić jednym głosem jako Tara Gayan. Jeszcze tego oficjalnie nie robiliśmy, ale jest to zbyt szerokie pole do eksploracji, żeby tam nie zajrzeć i z tego nie skorzystać. Być może będą to dźwięki nieco elektronicznie przetworzone, pocięte, samplowane, ale myślę, że to świetny punkt „wejścia” do zbudowania emocjonalnej warstwy utworu.

M.H: Jeszcze tego nie próbowałem w naszych utworach, ale od pewnego czasu chodziło mi po głowie zrobienie takiej polirytmii oddechowej, gdzie wdechy i wydechy idą równolegle do warstwy muzycznej lub nawet tworzą rytmizację. Oddech dodaje wspaniałego życia i energii utworowi. Ciekawe też by było nagrać oddechy instrumentalistów podczas koncertów, bardzo mnie interesuje czy rytm ich oddechów zgrałby się z rytmem utworu…

T.D: Planuję wydanie jednego utworu, gdzie oddech będzie bardzo mocno słyszalny. Dźwięki wdychania i wydychania są różne, a jednak połączone ze sobą i naturalne. Podczas miksu często wycina się oddechy, co bardzo pozbawia wokal naturalności. Myślę, że ich brzmienie jest kluczowe dla odczucia prawdy w utworze.

Jak oddech od pracy, koncertów, spotkań z ludźmi zadział u was w okresie pandemii?

T.D: Na początku było niestabilnie, był to niepewny okres, nikt nie wiedział, ile to będzie trwało… Wyjechałem na wieś, a niepewność powoli przeistaczała się w odpoczynek. Przed pandemią w każdy weekend jeździłem grać koncerty, a ta dłuższa przerwa od aktywności dała mi dużo spokoju.

M.H: My na początku 2020 roku dopiero dogrywaliśmy się do trio i zaczynaliśmy planować poważniejsze koncerty… i nagle wszystko się zatrzymało. Raczej wstrzymaliśmy oddech niż odetchnęli z ulgą.

A.M: To było jak trening nurka, który sprawdza, do ilu może policzyć zanim utonie.

M.H: Z drugiej strony bardzo szybko zaczęliśmy szukać alternatyw. Chcieliśmy wykorzystać ten czas na realizowanie celów, które sobie wyznaczyliśmy. Patrząc pod kątem menedżerskim, wiemy, że artyści powinni inwestować zarobione środki i swój czas, żeby w czasie zmniejszonych przychodów móc się utrzymać. Idąc tym tropem, wykorzystaliśmy ten czas na zdobycie dotacji i stworzenie własnego studia nagrań.

A.M: Zamknęliśmy się w domku w lesie, podziwiamy wschody słońca, słuchamy ptaków. Założyliśmy też przydomowy warzywniak, uprawiamy warzywa i owoce, jest cudownie!

M.H: Poza tym skupiliśmy się na relacjach i docenieniu tego, co się ma…

Czy utwory muzyczne mogą regulować oddech? Czego słuchacie, żeby się uspokoić, pomedytować?

T.D: Ostatnio często wracam do Bena Howarda, FINK, słucham dużo ambientu, Christiana Löfflera, którego elektroniczne utwory są mocno wizualne. Uspokaja mnie też minimalistyczna, powolna, ambientowa muzyka bliska duszy, wykorzystująca także orkiestrę kameralną, na którą składa się również oddech – taką muzykę tworzy na przykład RY X.

M.H: Nils Frahm, no i Islandia… Olafur Arnalds! Poza tym: Michael Brook, Kiasmos, Monolink.

A.M: Och, jest tego wiele. Ballake Sissoko – wszystko, co nagrał. Nick Cave, szczególnie „Push the sky away”. Możdżer – Danielson – Fresco „The Time”. Soundtrack z „Let the lovers stay alive”. Niklas Paschburg – odkrycie ostatnich dni. I jeszcze mniej chillowe, ale absolutnie ulubione więc też wprowadzające w strefę komfortu, Lola Marsh i Asaf Awidan.

Do rozmowy zaprosiłam dwie osoby, dla których świadomy oddech jest integralną częścią życia: Natalię Przybysz (piosenkarka, autorka piosenek) oraz Grzegorza Pawłowskiego (trener oddechu, life coach, fizyk, autor książek).

Czym jest oddech?

Grzegorz Pawłowski: Pytanie wydaje się proste, ale jest niezwykle obszerne. Oddech jest połączeniem, pomostem. Łączy ducha z ciałem, człowieka ze światem, to co wewnętrzne z tym, co na zewnątrz. Odżywia, pozwala się zbliżyć do siebie. Energia życiowa, aż w 70% pochodzi z oddechu, a dopiero potem z jedzenia. Przez oddech usuwamy także większość toksyn. To, jak oddychamy wpływa również na nasze relacje – jakość uczuć, emocji i dotyku jest połączona z jakością oddechu, to samo tyczy się doznań w sferze seksualnej. Oddech jest najlepszym znanym mi narzędziem rozpuszczającym stres i łączącym nas z intuicją.

Natalia Przybysz: Pierwsze, co mi przychodzi do głowy to słowa B.K.S. Iyengara – „The breath is the king of The mind”. Oddech jest ruchem i pojazdem dla dźwięków. Jest praną, energią życiową. Jest naszym wewnętrznym wiatrem. Bez oddechu nie ma dźwięku, mowy, śpiewu. W medytacji Oddech jest rytmem życia człowieka. Całe życie jest przepływem, oddychając podłączamy się do tego przepływu. Każdy wdech to jest branie, każdy wydech to oddawanie. Kiedy rozpoczynam medytację, odpowiadam sobie na pytanie gdzie jestem, z czym przychodzę. Z każdym wdechem myślę o spokoju, pozycji ciała, przypłynięciu do tu i teraz, a z każdym wydechem pozwalam sobie wypuścić napięcie, stres czy zmartwienia. Oddech na początku wymaga obserwacji, a dopiero potem możemy z nim pracować.

Oddech potrafi ogrzewać, wychładzać, transformować, więc: czy oddech jest żywiołem?

GP: Jak dla mnie oddech jest nadżywiołem, metażywiołem, który zasila wszystkie żywioły i wszystko w nas łączy.

NP: Oddech jest naszym wewnętrznym wiatrem, a jeśli wiatr jest żywiołem, najstarszym duchem świata, to… jak najbardziej. Człowiek się składa ze wszystkich żywiołów. Jesteśmy tym, co nas otacza. Wszelkie problemy biorą się z poczucia oddzielenia czy zawierzenia iluzji, że jesteśmy czymś innym niż żywioły.

Jak wykorzystujesz oddech w emisji głosu, kiedy stoisz przed publicznością i przemawiasz, prowadzisz warsztaty?

GP: Robię to intuicyjnie. Oczywiście podczas rozlicznych kursów i szkoleń również biznesowych, uczyłem się jak poprawnie używać głosu i oddechu jako narzędzia. Na pewno wpłynęło to na mój aktualny sposób mówienia. Jednak kiedy prowadzę zajęcia czy warsztaty, skupiam się na treści i nasycam oddechem mój przekaz. Wtedy jest on dużo głębszy. Wolę myśleć o oddechu jako o niezwykle ciekawym zjawisku niż jako o czynności fizycznej rozkładanej na części pierwsze przez pryzmat anatomii.

NP: Zanim wejdę na scenę, myślę o oddechu. On pomaga mi znaleźć się ze swoim umysłem i ciałem tam gdzie chcę być. Uspokajam i spowalniam oddech, wydłużam wydechy, robię przerwę po wydechu – to wszystko robię zanim wejdę na scenę, żeby opanować stres czy podniecenie. A kiedy śpiewam, to też myślę o oddechu, bo czasem potrzebuję go więcej, czasem mniej, czasem oddycham gęściej, czasem rzadziej.

Czy pamiętasz swoje pierwsze doświadczenie świadomego oddechu?

GP: Oczywiście, to megawspomnienie. To było ponad 25 lat temu, kiedy byłem jeszcze na studiach i trafiłem na zajęcia transformującego oddechu. Pamiętam doskonale jak czułem, że ulatniał się ze mnie stres, przepływały przez ciało różne odczucia, energie. Uwalniały się różne emocje. Doświadczyłem wówczas nieznanego wcześniej spokoju i relaksu. Odkryłem także, że świadomy oddech pomaga mi w podejmowaniu decyzji, bardziej racjonalnych decyzji, bo ciała połączonego z oddechem nie da się oszukać. Ciało pełniej nasycone oddechem jest źródłem głębszej prawdy.

NP: Pierwsze spotkanie z oddechem pamiętam z zabawy, którą mnie i mojej siostrze zorganizował wujek. Miałam jakieś sześć czy siedem lat. Ustawił nas na przeciwko siebie i wyobrażałyśmy sobie różne podróże, historie i światy, a wujek nam kazał świadomie oddychać. Pamiętam też jak miałam pierwsze lekcje śpiewu w wieku 12 lat i uczyłam się wydawać z siebie takie mocne, przeponowe wydechy. A pierwszy raz świadomie medytowałam jeszcze w podstawówce, była to taka podstawowa technika zazen, czyli liczenie oddechów.

Co zrobiła pandemia, dała nam oddech czy wstrzymała go?

GP: Dla wielu osób było to wstrzymanie oddechu, dla mnie w pewnej chwili też. Z jednej strony przymusowa przerwa od codziennych działań i rutyny była upragniona. Przyniosła dużo przemyśleń, pomogła zwrócić się do środka, bardziej odkryć siebie i na nowo poznawać świat, który nas otacza. Z drugiej strony, każdy z nas na chwilę zastygł. Pierwsza reakcja człowieka na taką sytuację to strach, zamrożenie, wstrzymanie oddechu. Tak jak to mamy w genach, na stres reagujemy ucieczką, walką lub zamrożeniem. Niektórzy więc rzucili się w wir intensywnej pracy, inni odcięli się zupełnie i zmienili życie o 180 stopni, a część osób po prostu „zamarła” w oczekiwaniu na dalsze wydarzenia.

NP: Myślę, że ta sytuacja zatrzymała nas, zaprosiła do zwolnienia, zauważenia gdzie jesteśmy i docenienia wszystkiego. Zadie Smith użyła takiego ładnego sformułowania w kontekście efektów pandemii ”global humbling”, czyli globalne spokornienie.

Na samym początku, kiedy to było takie demoniczne i niewiadome, wtedy było najstraszniej. Pandemia wywołała zatrzymanie i szok. Ja na szczęście byłam wtedy bardzo mocno zanurzona w praktyce jogi, dużo ćwiczyłam i to bardzo mi pomogło. Jako rodzina, z początku mocno się izolowaliśmy, wróciliśmy po miesięcznym pobycie w Indiach i tak naprawdę robiliśmy to samo co tam. Byliśmy jak zamknięci w kokonie z dziećmi, dom stawał się coraz bardziej domowy, spędzałam w nim dużo czasu. Kiedy już oswoiłam rzeczywistość bez pracy, zaczęłam się cieszyć innymi rzeczami. Udało mi się oddalić ten smutek, że mój zawód wydaje się niepotrzebny… Gdyby nie pandemia, nie dałabym sobie tyle uwagi, nie zaczęłabym jeździć konno i lepić z gliny, pływać i uprawiać pomidorów. Och, no i nagrałam płytę w czasie pandemii!

 

Czy to życie wpływa na rytm oddechu czy oddech na rytm życia?

GP: Obopólnie i wzajemnie. Możemy dostosować się do tego, co przynosi nam los i dzięki oddechowi przyjmować wszystko z większym spokojem.

Możemy także na tyle poznać swoje możliwości pracując z oddechem, że nauczymy się otwierać na nowe możliwości i zjawiska i w pewien sposób je przyciągać. Dostrajamy się swoim nastawieniem, czy tak zwaną wibracją do tego, co chcielibyśmy w swoim życiu przywitać. Przekładając to na język naukowy, rytm i tempo naszego oddechu wpływa na częstotliwość fal mózgowych. Kiedy oddychamy bardzo szybko, mózg dostraja swoje fale do tego rytmu, wchodząc w stan beta fal mózgowych, czyli bardziej stresowy. Spowalniając oddech uzyskujemy fale alfa, wchodząc tym samym w płytki stan medytacji – to także stan, w którym więcej dostrzegamy, głębiej czujemy. Mamy także fale theta, będące głęboką medytacją albo płytkim snem i delta, będące zwyczajowym stanem snu. Tak więc mózg może, w zależności od doznań, sterować naszym oddechem, ale również oddech może regulować częstotliwość fal mózgowych i tym samym wpływać na to, w jakim stanie umysłu będziemy.

NP: Obydwa te zjawiska zachodzą. Rozwijając relację ze swoim oddechem, możemy mieć na to wpływ. Możemy podjąć decyzję czy jesteśmy reaktywni i czy powoduje nami świat, który męczy czy świadomie decydujemy się na pewne rzeczy, wiemy, jaki mamy kierunek cel, a oddech służy nam jako wiatr w żaglach.

Synonimem oddechu jest tchnienie. Od tego słowa podchodzi natchnienie… Natalio, czy tworząc, pisząc piosenki i śpiewając je czujesz, że dajesz czemuś nowe życie? A ty, Grzegorzu, piszesz książki, wydałeś już trzy pozycje. Czy tworzenie jest dla Ciebie doniosłym aktem, tchnięciem nowego sensu w słowa?

NP: Tworzenie to jest sposób na wyrażanie się. Emocje muszą z nas w jakiś sposób wyjść. Jedni gotują, inni krzyczą – to, co w nas siedzi musi się wydostać, bo inaczej przełoży się to na blokadę, chorobę albo inny problem w ciele. Sztuka jest potrzebna człowiekowi. To, że śpiewam i wymyślam piosenki sprawia, że wszystko, co sobie dostarczam i czym się ładuję w życiu, mogę w jakiś sposób uwalniać, puszczać. Sztuka pomaga mi w przepływie. Z każdym wydechem możemy coś powiedzieć albo zaśpiewać piosenkę… każdy wydech to decyzja w co idziemy i jak ukierunkujemy swoją energię.

GP: Tworzenie jest na pewno czymś w rodzaju przekazania części siebie poprzez to, co się kreuje. Ja jednak nie uważam siebie za artystę. Piszę książki z potrzeby podzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniami, ufając, że to pomoże innym. Natomiast co jest dla mnie wyjątkowe i magiczne, to moment, kiedy moi czytelnicy wracają do mnie z komentarzem, że coś, co napisałem natchnęło ich. Cieszy mnie oczywiście, kiedy ktoś cytuje moje słowa, mówiąc, że one dały początek jakiejś transformacji. Wtedy można powiedzieć, że tchnąłem życie w coś lub kogoś i że jest to akt tworzenia.

Czy od zawsze świadomy oddech ci towarzyszy, czy zdarza się podczas sytuacji stresujących „nie oddychać”?

GP: Jestem człowiekiem i często przyłapuję się na tym, że kiedy odczuwam silny stres, na chwilę wstrzymuję oddech. Normalna reakcja organizmu jest taka, że przez chwilę tłumimy oddech i oceniamy sytuację. To pozwoliło przetrwać naszemu gatunkowi. Tak funkcjonują zwierzęta, z których się wywodzimy. Oczywiście dzięki praktyce oddechu, wiem, jak szybko wrócić do swojej mocy.

Oddech jest świadomy, kiedy jestem go świadomy… a często nie jestem. Moja uważność „zasypia”. Ale nowe, czasami również stresujące sytuacje, pomagają mi wracać do bycia bardziej obudzonym.

NP: Często się to przydarza. Na scenie nie da się nie oddychać, obawiam się, że dużo osób by to zauważyło :). Bycie piosenkarką jest dla mnie gwarantem kontaktu ze swoim głosem i oddechem, ta „fabryka” musi działać sprawnie. Natomiast w życiu codziennym zdarza się często, że coś mnie martwi, nie wyrażę jakiegoś uczucia, emocji i wtedy zamykam się w sobie, napinam szczękę, aż nie otwieram ust kiedy mówię! Mój mąż jest psychologiem i od razu dostrzega te momenty, zwraca mi na to uwagę. Stresuję się i wstrzymuję oddech w różnych sytuacjach, na przykład kiedy prowadzę samochód i przydarza się trudna sytuacja, ale to są instynkty, odruchy.

Częściej wstrzymujemy oddech z zachwytu czy ze strachu?

GP: Większość ludzi robi to częściej ze strachu. To zdrowa reakcja, spadek po naszych przodkach. Dzięki niej wiemy, że jesteśmy żywi. Myślę, że trudno jest, z ręką na sercu, przyznać, że częściej towarzyszy nam bezdech pochodzący od zachwytu.

NP: Ja częściej wstrzymuję oddech ze strachu… W oddychaniu dostrzegam analogię do tego, co robi nurek albo wieloryb. Im więcej ma w płucach tlenu, tym wyżej się unosi, tym bliżej jest ziemi. A z każdym wydechem schodzi głębiej. Jak chcę się zdystansować do czegoś, to robię przerwę po wydechu. To mi bardzo pomaga również przed wejściem na scenę kiedy otacza mnie dużo ludzi, ogromna energia, stres… Jak jestem czymś zachwycona, to świadomie wciągam to, chłonę. Nawet mój nauczyciel śpiewu mówił, że piękno możemy swoją świadomością wchłaniać wraz z wdechem… W takich ekstatycznych momentach, kiedy przeżywam piękno, oddycham i zatrzymuję tę chwilę.

Z Adą Kućmierz rozmawiają: Ania Sama, Eliza A. Tkacz, Iggy Not Pop i Milito.

Wielu artystów na początku muzycznej drogi zadaje sobie pytanie czy wydawać swój materiał samodzielnie czy jak najszybciej poszukać wytwórni. Często panuje przekonanie, że bez wytwórni nie da się wejść do świata muzycznego biznesu, zatem przynależność do większego labelu wydaje się pożądane, a wręcz konieczne. 

Tymczasem Tak Brzmi Miasto skupia się podczas swoich szkoleń na usprawnianiu działań artysty samozarządzającego się. Czworo uczestników programu TBM Inkubator 2020 zaprosiłam do rozmowy o ich drodze artystycznej, wyborach oraz planach na przyszłość, właśnie w kontekście pracy muzyka niezależnego.

Jesteś artystką niezależną, wydałaś samodzielnie płytę (Ania Sama, LP Śnienie; Eliza A.Tkacz, EP Flash Frames – przyp. red.). Czy tak wyobrażałaś sobie swoją karierę czy chciałaś raczej trafić pod skrzydła wytwórni?

Ania Sama: Pierwotnie obawiałam się tego, że trafię do wytwórni zanim jeszcze wszystko będzie ustrukturyzowane w mojej głowie. Stwierdziłam więc, że zanim zwiążę się z labelem, najpierw nagram muzykę, przyjrzę się jej i zobaczę, co z tego wyjdzie… Udało mi się samodzielnie (z pomocą Pana Winyla) przeprowadzić cały proces, moja płyta wyszła, a ja jestem jej wydawcą.

Eliza A. Tkacz: Nigdy nie myślałam o tym, że chciałabym trafić do wytwórni. Nagrałam swoją pierwszą epkę i nie wiedziałam, jakie podjąć dalsze kroki. W szkole muzycznej nikt nie uczył nas jak działa przemysł muzyczny. Nauczyciele muzyki nie mają takiej wiedzy. Dopiero kiedy trafiłam na kurs TBM, otworzyły mi się oczy na świat muzycznego biznesu i odkryłam, że… im większą mam wiedzę, tym mniej wiem. Na pewno nie ma jedynej słusznej drogi. Nie chcę pracować dla wytwórni, moim zdaniem podpisanie kontraktu jest jak praca na etacie. Podobnie jak w dużej firmie: artysta umawia się na dany projekt (płytę, singla, epkę, teledysk), dostaje zadania do wykonania, które przy wykorzystaniu wszelkich swoich umiejętności i wiedzy powinien jak najlepiej wykonać, a w zamian za to dostaje swoją (niewielką) część zysku. Wytwórnia daje pewną „gwarancję zatrudnienia, ale ja jestem już zatrudniona – pracuję jako naukowiec i nie planuję zmieniać pracy, a nie wyobrażam sobie pracować na dwóch etatach jednocześnie.

Eliza A. Tkacz

Eliza A. Tkacz, Foto Yoann Masson

 

A jeśli w trakcie procesu tworzenia materiału pojawiłaby się propozycja podpisania umowy od wytwórni? 

Milito: Ja już mam podpisany kontrakt: sam ze sobą. To jest moje powołanie. Sam kupiłem już swój produkt i poświęcam mu na co dzień bardzo dużo czasu. Nawet nie odczułbym dużej zmiany, bo pracuję na tak wysokich obrotach, jakbym sam miał swoją wytwórnię.

A.S.: To zależy od kogo by była ta propozycja i jaka. Przede wszystkim nie jest tak łatwo dostać ofertę od wytwórni. Trzeba mieć już swój kapitał, pomysł na siebie, publikę czy choćby pierwszą nagraną płytę, żeby wnieść coś od siebie. Nie chciałabym, żeby jakiś zespół osób zrobił wszystko za mnie, podczas gdy ja nie miałabym żadnego udziału w całym procesie wydawniczym. Skoro wytwórnia zrobiła za ciebie wszystko, to czerpie również pełne zyski z efektów twojej pracy. Zależy czy szukasz w wydawcy partnera, który udzieli rad i pomocy czy chcesz być produktem, który wydawnictwo sprzedaje według swoich własnych upodobań.

Ania Sama

Ania Sama

 

Iggy Not Pop: Teraz pracuję nad epką i rozważam wysłanie jej do kilku wytwórni. Powody są trzy. Po pierwsze, chcę się przekonać czy ktoś będzie zainteresowany tym materiałem, po drugie, chciałbym zobaczyć, jak wygląda taka współpraca, bo pierwszą płytę wydałem samodzielnie i tę drogę znam bardzo dobrze. Trzeci powód jest prozaiczny, rodzinny – mam już dwóch synów i gdyby znalazł się ktoś, kto przejąłby ode mnie część obowiązków, to byłbym bardzo szczęśliwy, bo wiem, ile pracy i czasu pochłania wydanie płyty własnym sumptem.

Czy kontrakt z wytwórnią oznacza koniec niezależnych wyborów i swobody artystycznej?

Milito: Uważam, że taką swobodę ma się w sobie. Można jednak pozbawić się wolności artystycznej, nawet będąc artystą niezależnym, ograniczając się własnymi wyobrażeniami i strachem przed tym, że coś nie spodoba się publice. Albo można być człowiekiem otwartym na dyskusję i stać się partnerem dla wytwórni. Natomiast ważne jest by trafić do odpowiedniej wytwórni, a nie na siłę iść do pierwszej lepszej „tłoczni pieniędzy”.

A.S.: W niezależności uwielbiam swobodę w układaniu własnego harmonogramu i wizji artystycznej. Wszystko, co sobie wypracujesz samodzielnie, jest tylko twoje. To bardzo ważne poczucie. Z kolei we współpracy z wytwórnią istnieje duża presja, ale nie boję się tego, że ktoś będzie mi narzucał, co mam grać czy jak pisać. Nie wykluczam w przyszłości kontraktu z wytwórnią.

I.N.P.: Etos artysty niezależnego jest mi na pewno bardzo bliski i gdybym z tej drogi chciał zejść na jakiś czas, to na pewno później chciałabym znów do tego wrócić. Jeśli wytwórnia włożyłaby pieniądze w moją płytę, to na pewno chciałaby, aby materiał dobrze się sprzedał. Mam świadomość, że nie robię komercyjnej muzyki, która jest odtwarzana w radiu, więc na pewno w zamian za załatwienie kilku większych nazwisk na płytę i promocję czy pomoc w skuteczniejszym dotarciu do publiczności, trzeba się zgodzić na podpowiedzi ze strony opiekunów i ingerowanie w materiał.

IGGY NOT POP, foto Grzegorz Ososiński

Iggy Not Pop, foto Grzegorz Ososiński

 

Ja wydałem płytę sam i, oczywiście, pochłonęło to masę pracy, czasu i finansów, ale została zrealizowana tak jak chciałem. Zaprosiłem zaplanowanych wcześniej gości, okładka jest taka jaką sobie wyobrażałem, miks zrobiły osoby, które sam wybrałem. Jestem zadowolony z efektu, jaki osiągnąłem oraz z podjętych przez siebie decyzji. Byłoby świetnie, jakby udało się pogodzić możliwość pełnej decyzyjności i wszystkie benefity jakie niesie za sobą kontrakt z wytwórnią, ale niewielu artystów ma takie szczęście.

Co można zyskać, a co stracić na podpisaniu kontraktu, czyli świadomej rezygnacji z bycia niezależnym?

Milito: Patrząc na zyski, przydałaby mi się pomoc prawna i wsparcie w kwestii umów. Chciałbym stworzyć artystyczno-biznesową przestrzeń, w której każda zaangażowana strona w mój muzyczny projekt byłaby za swoją prace bardzo dobrze wynagrodzona. Uwielbiam współpracować z ludźmi z pasją, a jeśli tacy właśnie ludzie byliby w wytwórni, to chętnie w zamian za akcelerację procesów, nad którymi teraz pracuję, dzieliłbym się zyskiem.

Milito

 

I.N.P.: Ja jestem człowiekiem ugodowym, nie odczułbym wielkiej straty. Na pewno możliwość oddania innym osobom części obowiązków byłaby dla mnie zbawienna, bo zyskałbym czas.

E.A.T.: Będąc artystką niezależną muzykę wykonuję jako hobby, po godzinach pracy, więc nie jestem w stanie wypełniać jakichś planów wydawniczych. Narzucam je sobie sama. Bycie artystą samozarządzającym się można przyrównać do mikroprzedsiębiorstwa: o księgowość, logistykę, sprzedaż, sprawy artystyczne i wydawnicze trzeba zadbać samemu, jest się swoim szefem, trzeba wszystko osobiście skoordynować. Jest to więc trudne i choć robi się to wszystko na swoich zasadach i w swoim tempie, to jednak ma się mało czasu, a bardzo dużo pracy.

Ania Sama
https://aniasama.pl/

 

Eliza A. Tkacz
http://elizatkacz.com

 

Milito
https://www.instagram.com/militohome/
https://www.facebook.com/milito1987

 

Iggy Not Pop
https://www.facebook.com/iggynotpop/

 

Debiutancki album Ani Samej miał swoją premierę 4.06.2021. „Śnienie” to piękna opowieść złożona z 10 utworów, nad którymi pracowało kilku producentów: Szymon Piotrowski, Michał i Mateusz Sarapata, Patrick The Pan, Hyper Son oraz Bartek Brzeziński. 

Śnienie to dla mnie powitanie pewnego etapu w życiu. Jako już dorosła osoba zdecydowałam się na ryzykowną rzecz, jaką jest pójście za sercem i ten album jest zwieńczeniem tej drogi, a zarazem jej początek. Świętuję nim trafność swojej decyzji, fakt, że nie zakopałam talentu oraz wytrwałość, która towarzyszyła mi przez te kilka ostatnich lat. Rozprawiłam się w nim z wieloma wątkami w moim życiu – mówi artystka.

Płyta utrzymana jest w stylistyce artystycznego alt-popu gdzie poetyckie teksty stykają się z taneczną, kołyszącą muzyką.

Melorecytacyjne intro („Kremowy papier” z produkcją Patricka The Pan) otwiera płytę i zapowiada eteryczne, pełne czułości i intymności doznania. „Pestka” (do której znakomity obraz stworzyła Olga Czyżykiewicz) wciąga głębiej w poetycki i oniryczny świat Ani, aby już po chwili rozkołysać w kolejnym utworze  – „Kołyszą” wraz z tytułowym „Śnieniem” promują album teledyskami spójnymi z  klimatem sennych marzeń, który towarzyszy całej płycie.

Na uwagę zasługuje nieco odmienny od pozostałych lekki i pełen uroku utwór „Krok po kroczku” – to piosenka, od której zaczęła się cała praca nad płytą.

Album można zamówić za pośrednictwem strony chodzasluchy.com .

 

Koncert promujący 2.07.2021 w Krakowie, w klubie Luneta Nocą. 

O trudnych wyborach, równowadze między pracą i rodziną, pandemii, intuicji i złotym środku z Natalią Grosiak – liderką i wokalistką – oraz Maćkiem Polińskim – menedżerem Mikromusic rozmawia Ada Kućmierz.

Ada Kućmierz: Jak dzisiaj oceniacie najważniejsze decyzje podjęte w minionym, pandemicznym roku?

Natalia: Maciek, może byś przełożył koncerty nie o pół roku, tylko o rok?

Maciek: Tak, gdybym tylko wiedział, jak długo będzie trwała pandemia, na pewno zmieniłbym koncepcje. Ale nie czuję, żebyśmy popełnili jakiś błąd, którego teraz żałujemy. Najważniejszą rzeczą, jaka się wydarzyła w 2020 roku, było wydanie płyty „Kraksa”. Podjęliśmy to ryzyko wspólnie i myślę, że dobrze się stało, że to się wydarzyło. Pandemia nadal trwa, więc przesuwanie premiery nic by nie zmieniło.

AK: Czy zamierzacie promować nowy materiał z opóźnieniem, czy też ruszycie w trasę dopiero, jak wydacie coś nowego?

M: Trasę opóźniliśmy i tak, zagraliśmy w marcu 2021 jedynie dwa koncerty z planowanej trasy, w Łodzi i Wrocławiu. Myślę, że latem będzie nowe otwarcie promocji tej płyty podczas plenerowych koncertów, ale mam też nadzieję, że jesienią wrócimy już do klubów.

N: Ustaliliśmy, że trzeba podejmować jakieś decyzje – albo że nie planujemy koncertów, albo je organizujemy, potem najwyżej będziemy je przekładać. Decyzyjność jest tu kluczowa.

AK: Jak wygląda podejmowanie decyzji w kontekście prowadzenia zespołu? Czy czujecie się mistrzami kompromisów?

N: Myślę, że w tym zespole najszerszym polem kompromisów jest pole muzyczne. Zachodzą one pomiędzy mną, Dawidem i Piotrkiem, czyli producentami muzycznymi, a jeśli chodzi o politykę zespołu i jego działanie, decyzje podejmuję wspólnie z Maćkiem, który ma coraz więcej obowiązków i jest coraz bardziej samodzielny w podejmowaniu wszelkich decyzji. Ma moje pełne zaufanie.

AK: Czy od początku mieliście „wspólną myśl zespołu” czy trzeba było docierać się latami?

N: Nasz zespół składa się z dwóch „podzespołów”: zespół „artystyczno-wykonawczy” i „administracyjno-wydawniczy”. Mianownikiem jest moja osoba, bo zasiadam w „zarządzie” jednym i drugim <śmiech>. Mamy więc dwa zbiory, które rzadko ze sobą muszą dyskutować, więc że nie ma między nami żadnych tarć. Od kiedy Maciek jest w naszym zespole wszystko pięknie się układa. Ale to też jest kwestia wcześniejszych wyborów, których musiałam dokonać, których nie żałuję, i z których jestem bardzo zadowolona.

AK: No tak, te decyzje, to pewnie też wiele trudnych momentów, pożegnania… Skład zespołu od pierwszej płyty dosyć mocno się zmienił?

N: W zespole „Mikromusic” ludzie się zmieniali aż do płyty „Sennik”, a przy płycie „Sova” mieliśmy już aktualny skład. To był 2010 rok, więc jesteśmy już razem 11 lat w stałym składzie. W kwestiach managementowych też się wiele zmieniało, aż do momentu, kiedy sama się tym zajęłam na pewien czas. Później, w yMusic, poznałam Maćka i tak już od trzech lat tworzymy zgrany zespół Mikro Management. Zbudowaliśmy świetną strukturę, która dobrze działa – Maciek wykonał ogromną pracę, zdjął z moich barków ciężar i właściwie samodzielnie wydał ostatnia płytę.

M: A Ty byłaś dla mnie wsparciem psychologicznym!

N: Tak, wsparcie psychologiczne każdemu się przydaje! A ja potrzebowałam fizycznego odciążenia w obowiązkach, bo jestem teraz mamą na pełen etat, gospodynią domową z mnóstwem obowiązków na głowie.

AK: Maćku, a jak to było u Ciebie z decyzją o wzięciu pod opiekę dużego, sprawnie działającego zespołu? Bałeś się? Czy czujesz teraz, że była to dobra decyzja?

M: Oczywiście, że się bałem! W poprzedniej firmie nie zajmowałem się managementem, tylko produkcją koncertów. Pracowałem m.in. z Natalią Przybysz, Tymonem Tymańskim, Kasią Lins. Dużo się nauczyłem, ale podjąłem decyzję, że muszę coś zmienić i odejść. Przez pewien moment byłem w zawieszeniu, szukałem nowej drogi. Wtedy też odezwała się Natalia.

N: Ja widziałam już wcześniej jak Maciek pracuje. Wiedziałam, że da sobie radę doskonale, jest solidny i można na nim polegać.

M: To też było ryzykowne z twojej strony!

N: No tak, ale tutaj rolę gra intuicja. Słuchałam siebie, wiedziałam, że będzie dobrze.

M: W yMusic się dotarliśmy i wiedzieliśmy, czego od siebie oczekujemy, a czas pokazał, że idzie to w coraz lepszą stronę i dobrze sobie radzimy mimo pandemii i różnych niespodzianek losu, więc była to dobra decyzja.

AK: Czy był taki moment kiedy zaczęło się wszystko szybciej kręcić i baliście się, że trzeba będzie wybierać pomiędzy dalszym rozwojem kariery a rodzinami?

N: 2019 rok był rokiem bardzo pracowitym, zaczęliśmy też dużo jeździć za granicę. W pięć dni w grudniu odwiedziłam Chiny, wróciłam i zagrałam kilka koncertów z Mikromusic, później były Włochy, a jeszcze gdzieś pomiędzy Irlandia i Wilno.

M: Tak! W listopadzie w pewnym momencie zagraliście 10 koncertów dzień po dniu.

N: To była sytuacja wyjątkowa, ale ustaliliśmy z Maćkiem, żeby nie było więcej koncertów niż dana liczba, i żeby był zawsze jeden weekend wolny. Maciek musiał to wszystko pogodzić, kiedy dawałam sygnały, żeby nie przesadzać. Na szczęście brał to pod uwagę.

AK: Układa mi się z tego taki obraz, że wasze wszystkie decyzje są zakorzenione we wcześniejszych ustaleniach i macie stały system wartości?

N: Oczywiście. Poza tym są różne propozycje i różne decyzje. Wszystko omawiamy. Niektórym propozycjom trzeba powiedzieć nie. Ja jestem w gorącej wodzie kąpana, ale na szczęścia mam partnera, który mnie sprowadza na ziemię i tłumaczy, że pewne rzeczy mogą poczekać.

M: Tak jak na przykład kupno busa zespołowego! <śmiech>

N: <śmiech> O, właśnie! Była taka sytuacja w 2019 roku, że już chciałam kupować busa i brać go w leasing, a Maciek jak zwykle spokojnie powiedział: „tak, oczywiście, ale spokojnie, poczekajmy jeszcze i to przemyślmy”. Całe szczęście, że nie kupiliśmy tego busa, bo nie mam pojęcia, co bym z nim zrobiła!…A leasing trzeba płacić.

AK: A propos finansów – zdecydowaliście się na crowdfunding podczas wydawania płyty „Tak mi się nie chce”. Wtedy nie było to tak popularne i był to bardzo odważny krok. Czy podjęlibyście taką decyzję dziś?

N: Oczywiście! To było jedyne rozwiązanie na tamten czas. Skończyła mi się umowa z wytwórnią, postanowiłam więc wydać płytę samodzielnie, ale nie miałam wtedy pieniędzy… To jest właśnie kuriozum, że po kilku latach w wytwórni nie ma się pieniędzy na wydanie płyty! Stwierdziłam zatem, że crowdfunding jest najlepszym wyjściem. Udało się, zebraliśmy nawet więcej niż planowaliśmy, płyta została wydana, każdy darczyńca dostał jakiś prezent – czy to kawę czy płytę lub winyla czy nawet kolację z nami – i wszystko się udało. Podjęłabym tę decyzję jeszcze raz, ponieważ dała nam kompletną niezależność.

AK: Czy gdybyście dziś byli młodym, początkującym zespołem, w tym dziwnym czasie, bez wiedzy jak życie i rynek muzyczny potoczą się dalej, to czy podjęlibyście tę decyzję, aby stać się zespołem na cały etat i poświęcić życie muzyce?

N: Myślę, że trzeba po prostu żyć pasją. Kiedy się ją ma, to już jest szansa na sukces, chociaż zawsze może się nie udać. Ale nie dowiemy się, dopóki nie spróbujemy.

M: Gdybym miał jeszcze raz podjąć decyzję dt. pracy w branży muzycznej to, pomimo obecnej sytuacji, nadal chciałbym to robić. Wierzę w to, że jeżeli coś się kocha i chce się to robić, to jest spora szansa na to, że coś z tego wyjdzie!

N: Chyba, że…nie wyjdzie.

M: Oczywiście, ale jak naprawdę rozwija się swoją pasję, to zawsze się na tym korzysta i kiedy jest się wytrwałym, to zwiększa się szansę na to, że coś z tego wyjdzie.

N: Nagrywałam ostatnio wokal dla producenta, który na co dzień jest weterynarzem, ale rozwija swoją muzyczną pasję. Spełnia się w obydwu zawodach, ale to, co najważniejsze to fakt, że robi swoje. Tak jak śpiewał Wojciech Młynarski: RÓBMY SWOJE!

AK: Piękna puenta. Czy możemy ją potraktować jako klucz do nieżałowania decyzji?

N: Tak. Nie ma nic gorszego niż niepodejmowanie decyzji. Nawet zła decyzja jest dobra, ponieważ ją podjęliśmy. Podejmowanie decyzji jest wielką umiejętnością.

Jak rozpocząć współpracę z artystą? – Robert Gajewski VS Bartosz Stawiarz

VS. to seria wywiadów kontrastujących opinię dwóch specjalistów na dany temat. Zadajemy te same pytania, a odpowiedzi… bywają różne! Prezentujemy dwa z wielu możliwych punktów widzenia, bo w branży muzycznej „wszystko zależy” – nie ma jedynej słusznej drogi. Wierzymy, że różne opinie pozwolą Ci jednak znaleźć się odrobinę bliżej Twojego własnego sposobu na działanie.

W dzisiejszym odcinku pytamy o rozpoczęcie współpracy menedżerskiej z artystą dwóch doświadczonych menedżerów.

Robert Gajewski, menedżer muzyczny, od 2013 roku związany z wytwórnią Kayax (Smolik, Skubas, Kev Fox, Miro Kępiński), organizator wydarzeń kulturalnych i muzycznych (m.in. w warszawskich klubach Hybrydy, Palladium, Proxima), dziennikarz muzyczny (Radio Kampus), a także muzyk.

Bartosz Stawiarz, kurator programu Tak Brzmi Miasto Inkubator 2019-2021, menedżer muzyczny i animator kultury z ponad jedenastoletnim doświadczeniem. Jako menedżer Wojtka Mazolewskiego i jego zespołów odnosił sukcesy w Polsce i za granicą. W okresie tej współpracy artyści zdobyli platynową i dwie złote płyty, zagrali ponad 500 koncertów w 32 krajach na trzech kontynentach, wystąpili na prestiżowych festiwalach, takich jak Tokyo Jazz Festival, Istanbul Jazz Festival, Przystanek Woodstock czy Męskie Granie. Od lutego 2020 Bartosz działa we własnej firmie Glory of Story zajmując się kampaniami wizerunkowymi firm, doradztwem w zakresie budowania marki.

W jaki sposób i gdzie menedżer może szukać artysty? A może to sami artyści poszukują menedżera?

RG: Odbywa się to dwojako. Menedżerowie pojawiają się na przeglądach, showcase’ach czy konkursach i poszukują tam talentów, którymi mogliby się w przyszłości zająć. Działa to też w drugą stronę: młodzi artyści po to pokazują się w talent show czy na przeglądach i biorą udział we wszelkiego rodzaju aktywnościach konkursowych, żeby zaprezentować się szerszej publiczności, pokazać się jury, ale także znaleźć wytwórnię, z którą mogą podpisać kontrakt i poznać managera, który pokieruje ich karierą muzyczną.

BS: Kiedy jest się aktywnym managerem czy organizatorem wydarzeń muzycznych, branża szybko zauważa, że pojawia się ktoś ambitny, kto robi jakieś ciekawe rzeczy, np. festiwale – i te osoby są często poszukiwane przez samych artystów. Jako menedżer trzeba zacząć od tego, że kręci Cię i inspiruje muzyka danego wykonawcy. Chyba, że szukasz „podmiotów dochodowych”, bo chcesz się uczyć od nich, bez względu na to czy muzyka ci odpowiada. Zawsze jest sporo wolnych wakatów, również u topowych zespołów, bo managementy się zmieniają. Są też artyści samozarządzający się, szukający kogoś, kto ma fajną energię i pomoże im ogarnąć ich karierę.

Jak poznać, że chce się pracować razem i na co uważać? Jakaś iskra?

RG: Musi zaiskrzyć! Nie wyobrażam sobie pracować z artystą, którego twórczość mnie nie interesuje, nie intryguje, nie mam dreszczy słuchając jego muzyki. Zwłaszcza, gdy jako menedżer aktywnie szukam kogoś nowego do współpracy, to ta świeżość i chemia są bardzo ważne. Artysta natomiast powinien widzieć w menedżerze opiekuna i mentora, osobę, która ma kompetencje. Ale też powinien czuć z jego strony wsparcie i wiedzieć, że menedżer jest również fanem jego twórczości i mają wspólny obraz przyszłej kariery. Pierwszym sygnałem jednak powinny być po prostu ludzkie odczucie i intuicja. Współpraca to nie tylko sukcesy i wyprzedane sale koncertowe, ale także mnóstwo ważnych wyborów i masa trudnych sytuacji, przez które trzeba przejść razem.
Niezwykle istotna jest też świadomość, na jakim polu jestem w stanie z artystą współpracować. Muszę przykładowo mieć kontakty i wiedzę jak się poruszać na rynku danego gatunku muzycznego, bo każdy z nich ma swoją specyfikę.

BS: Iskra to jedno, ale jest też ważne, że gdy mówisz o szczegółach swojej pracy jest jakaś informacja zwrotna. Czy zespół naprawdę wie, po co cię potrzebuje. Bardzo często zespoły nie wiedzą czego chcą od swoich menedżerów. Wielu artystów po prostu chce, żeby „się kręciło”. Również jest istotne jakiego typu system zarządzania zespołem istnieje już teraz. Czy jest wódz, jakiś lider czy raczej demokracja. Jeśli muzycy nie mówią zgodnym głosem, to jak będzie ta praca w przyszłości wyglądać? Już na początku to badasz, zastanawiasz się czy warto z nimi pracować. Nie powinno się podejmować żadnych decyzji emocjonalnie, po pierwszym spotkaniu. Warto dać sobie czas na przemyślenie, żeby decyzja się „uleżała”. Zastanowić się czy chcemy coś współtworzyć czy wolimy zespół z topu, żeby od razu wchodzić na głęboką wodę. Chodzi o czas, bo to jedyne, czego w życiu się nie kupić.

Co dzieje się, gdy początkowy entuzjazm wygasa i trudno pracować razem, albo gdy nasze cele się rozmijają? Jak temu przeciwdziałać?

RG: Bywa, że relacja z artystą się wypala, choć oczywiście na pewnym poziomie zawodowstwa pracuje się efektywnie, mimo że nie ma już tzw. motyli w brzuchu. Rynek pokazuje wiele takich przykładów i czasami lepiej odpuścić, zostać kumplami czy przyjaciółmi prywatnie, ale już nie pracować ze sobą. Jest wielu kreatywnych artystów, których sztuka jest zjawiskowa, ale w relacjach zawodowych są nieznośni i po prostu nie da się tego połączyć.

Cele artysty i menedżera są chyba zawsze spójne: artysta chce zrobić ogromną karierę, a menedżer mieć w tym udział i wszyscy ostatecznie chcieliby zmierzyć ten sukces wynikiem finansowym.

BS: Jeśli wiesz czego Ty chcesz, to gdy zapytasz zespół, a oni będą mieć zupełnie inną wizję, to już wiesz, że trzeba kalkulować pewne ryzyko. Możecie się po prostu w dalszej części współpracy zupełnie nie dogadać.
Przede wszystkim, gdy menedżer ma własną wizję, to wie czy może pracować tylko dorywczo czy może sobie pozwolić finansowo np. na rok niezbyt dochodowej pracy. Menedżer już na spotkaniu z zespołem powinien zacząć od poznania ludzi, ich wizji, planów i pomysłów na przyszłość. Trzeba dowiedzieć się jak zespół chciałby się rozwijać, gdzie się widzi za rok, dwa, trzy. I czy jest to zgodne z tym, gdzie chcesz być Ty.

A pieniądze? Jak można ocenić potencjał finansowy artysty? Czy menedżer musi inwestować na początku?

RG: Nie ma excelowych tabelek, w które można wprowadzić dane i uzyskać jednoznaczną odpowiedź czy ktoś jest żyłą złota czy nie. Można oczywiście na podstawie doświadczenia i rynku ocenić, że jakaś piosenka mogłaby „zrobić karierę”, ale to są tylko ludzkie przeczucia. Działa to też w drugą stronę, można by przypuszczać, że młody artysta zgłaszając się do menedżera, który osiągnął sukces, prowadząc znanych pięciu czy dziesięciu artystów, także zrobi karierę dzięki niemu. Pewnie taki doświadczony menedżer ma umiejętności pozwalające mu lepiej zająć się artystą niż początkujący, ale do tego dochodzą także takie parametry jak czas, sam artysta i rynek. To jest działanie na bardzo żywym i niepewnym organizmie. Czasem po prostu nie trafi się na odpowiedni czas i chociaż menedżer oraz cały team wierzą w artystę, to niestety sukces nie przychodzi, a artysta przepada.

BS: To zależy od modelu i czego ty szukasz. Czy masz możliwość zainwestować swój czas? Czy jednak musisz mieć stały dochód, bo już masz kredyt we frankach czy rodzinę na utrzymaniu i trzeba po prostu pracować. To też nie wyklucza bycia menedżerem, ale wtedy celujesz w zupełnie innych artystów. Jeśli masz jakieś doświadczenie w zakresie zarządzania, albo studiowałeś ten kierunek, to chciałbyś na przykład być asystentem takiego zespołu, który już zarabia, jeździ po dużych koncertach. Oni też mogą potrzebować jakiejś pomocy, na przykład tour menedżera. Być może w ogóle masz potrzebę dużej kontroli i chciałbyś być jak menedżerowie w latach siedemdziesiątych, jak w przypadku The Beatles. Czyli kiedy tak naprawdę lepisz ten zespół wspólnie i jesteś takim właśnie „piątym Beatlesem”. Wtedy rośniesz z nimi i nastawiasz się na to, że będzie to spora inwestycja na początku, ale też się wspólnie uczycie i wspólnie będziecie świętować sukces.

A gdy pomimo obustronnego zaangażowania i pracy jednak się nie udało? Albo właśnie się udało! Jak zabezpieczyć interesy obydwu stron zanim podejmie się współpracę?

RG: To jest tak jak w każdej innej pracy, kiedy idzie się najpierw na okres próbny. Szef musi sprawdzić, czy daną osobę obsadził na odpowiednim stanowisku, a ta osoba ma także czas, aby wycofać się, jeśli będzie się źle czuła. Podobnie działa to w związku: przecież nie decydujemy się czy chcemy z kimś spędzić życie już na pierwszej randce! Oprócz „chemii” trzeba się także poznać. Dlatego na drugim czy trzecim spotkaniu, kiedy już wiemy, że chęci są obopólne, należy ustalić jakieś podstawowe zasady współpracy. Polecam spisywanie małych kontraktów. Nie wiem, dlaczego w Polsce boimy się umów i zobowiązań. Zaufanie jest tu kluczowe, ale oczywiście polecam uważne i wnikliwe czytanie kontraktów zanim się je podpisze. Najlepiej skorzystać z porady dobrego, doświadczonego prawnika, nawet jeśli nie ma się jeszcze menedżera i podpisuje się kontrakt samodzielnie. Warto zapoznać się z realiami, które funkcjonują na rynku: menedżer pobiera około 20% od gaży z danej umowy, agencja bookingowa to jest najczęściej 10%.

BS: To jest rozmowa o tym co będzie, kiedy zaczniemy pracować, kiedy się pojawi się sukces i efekty. Gdy wypracujesz jakieś oferty dla zespołu, to jak wtedy zespół będzie postrzegał współpracę z tobą? Co, gdy będzie miał, na przykład, więcej opcji, więcej menedżerów się odezwie i będą to ludzie bardziej wpływowi od Ciebie? Ważne czy bycie menedżerem to dla Ciebie tylko hobby, czy to ma być twoja przyszłość. Jest wiele takich zagadnień, które należy rozważyć. Dlatego zabezpieczasz siebie np. pracujemy na wyłączność, bo za rok, za dwa może być tak, że będzie jakiś sukces i pojawią się inni menedżerowie, którzy będą chcieli współpracować, a zespół też zobaczy nową szansę. Ale w momencie wejściowym, na początku, gdy nie ma jeszcze widocznego efektu, to ty wkładasz pracę. Dlatego właśnie potrzebne są takie ustalenia.

Co w sytuacji, gdy zysków nie ma? Albo gdy jedna ze stron chce się rozstać?

RG: Kiedy nie ma zysków, to jest kwestia samego początku – obie strony muszą zainwestować. Najpierw inwestują swój czas, kompetencje i zaangażowanie, więc warto byłoby ustalić, ile trwa okres próbny, czego od siebie oczekujemy, ile pracujemy. Kiedy młody artysta przychodzi do doświadczonego menedżera, ten błyskawicznie ocenia czy artysta jest twórczy, płodny, czy słucha rad, czy ma pokorę i potrafi współpracować. Menedżer też ocenia czy jest w stanie iść za wizją artysty, bo każda relacja jest inna i trzeba podejść do niej indywidualnie. To wszystko jest kwestią ustalenia. Wiadomo, że często pojawiają się artyści, którzy mają ogromny talent, ale nie mają zaplecza finansowego. Menedżer może postarać się o dofinansowanie lub nawet z własnych zasobów sfinansować początek kariery artysty. Kiedy jednak artysta, po roku czy dwóch, widzi dla siebie inną drogę, przychodzi moment rozliczenia. Jeśli więc po okresie próbnym decydujemy się na współpracę, konieczne jest ustalenie podziału z ewentualnych zysków i, w razie potrzeby, możliwości odzyskania tego, co się zainwestowało. Musi więc nastąpić coś takiego jak intercyza małżeńska. Mogą to być kary umowne, spłacanie się wzajemne czy udział procentowy w przyszłych zyskach. Tak to też działa w dużej wytwórni. Warto pamiętać, że umowy spisuje się na „złe czasy” i może być długi okres wspaniałej współpracy, a po umowę sięgniemy dopiero podczas rozstania i w sytuacji, gdy coś pójdzie nie tak… Podkreślam więc, warto poczekać z decyzją, nie podejmować jej pochopnie, zainwestować w poradę prawną, negocjować warunki i trzy razy przemyśleć każdą decyzję.

BS: Czasem efektów długo nie będzie widać, a sukces przychodzi dopiero po wielu latach. Pracowaliście ciężko i nic nie szło, ale ostatni rok był udany i ta wcześniejsza praca zaczęła owocować. I nagle zaczęły się odzywać większe wytwórnie z własnymi menedżmentami i zaczęły się propozycje od festiwali. To jest często moment próby dla tej współpracy artysta–menedżer. Istotne jest wtedy jakie były ustalenia na początku. Może też być w drugą stronę: przychodzi młody menedżer do już znanego zespołu, oni go biorą pod skrzydła, wierzą w niego, on się wkręca w branżę, zaczyna zdobywać kontakty i nagle mówi: „dobra, dziękuję wam, poznałem innych artystów i oni mi obiecują lepsze stawki, bo już mnie znają, widzą, że coś już zrobiłem z wami”. Dlatego również artysta powinien się zabezpieczyć. Musi przygotować się na takie przypadki.
Umowa jest oczywiście rzeczą ważną, ale już kwestia sposobu jej zawarcia może być różna i jest do ustalenia pomiędzy partnerami. Może to być po prostu mail, bo dobrze przynajmniej mailem sobie skwitować ustalenia.

Z Robertem rozmawiała Ada Kućmierz, z Bartoszem An Ziembińska (społeczność TBM).

Grudzień to czas nie tylko podsumowań, ale i dawania, obdarowywania się wzajemnie, dzielenia się dobrem, czas bycia z ludźmi i dla nich. O tych aspektach w życiu i na scenie Ada Kućmierz rozmawia z Alicją Grabowską, aktorką i wokalistką oraz Damianem Bartosiewiczem, wokalistą, gitarzystą, autorem tekstów i producentem. Z głosami Społeczności Tak Brzmi Miasto.

Czy artysta tworzy muzykę dla siebie, z potrzeby wyartykułowania swoich emocji, czy dla słuchaczy, uwzględniając ich potrzeby?

Alicja Grabowska: Uważam, że żadna twórczość nie może istnieć w oderwaniu od odbiorcy. Powstaje z potrzeby dzielenia się swoim światem przeżyć i poszukuje korespondencji, dialogu, akceptacji lub polemiki. W tym aspekcie twórca łączy swoją potrzebę ekspresji i wypowiedzi z poszukiwaniem partnera w słuchaczu, widzu, obserwatorze, biorącym udział w tworzeniu. Jak jest u mnie? Czerpię ogromną przyjemność i satysfakcję z chwili, kiedy moje działania trafiają na czuły grunt i budzą emocje. Nie da się jednak zaprzeczyć, że ten stan nie zawsze jest do osiągnięcia w stopniu, którego bym oczekiwała. Nie mogę powiedzieć, że tworzę wyłącznie dla spełnienia potrzeb odbiorcy, a moje działania czasami są kontrowersyjne i nie akceptowane. Tym cenniejsze jest dla mnie, gdy spotykam kogoś kto chce podjąć wspólnotę przeżyć, jest to rodzaj performatywnego udziału w eksperymencie intelektualnym.

Damian Bartosiewicz: Myślę, że tworzymy po części dla siebie, po części dla odbiorców. Jeśli artyści mają w sobie głęboko emocję, która się w nich kształtuje i którą zaczynają nazywać, to chcą się tym podzielić. Kiedy na mnie jakiś utwór oddziałuje to czuję wdzięczność, że dany artysta sięgnął do głębi swojej duszy, bym ja mógł uczestniczyć w tym pięknie.

 

Co poprzez tworzenie muzyki można dawać innym?

D.B: Przede wszystkim głębię i piękno. Ten aspekt poszukiwania piękna w życiu jest niezwykle ważny dla człowieka, dla godności ludzkiej. Jako ludzie jesteśmy zdolni do czegoś więcej niż tylko do zaspokajania podstawowych potrzeb. Poszukiwanie piękna wznosi nas na wyższy duchowy poziom, uszlachetnia, dzięki temu możemy być bardziej obecni dla drugiego człowieka i przez to osiągać szczęście. Uważam, że jest to dużo cenniejsze niż odbieranie, bo dawanie pozostawia nas szlachetniejszymi.

A.G: W zasadzie muzyka jest dla mnie najbardziej organiczną formą dawania i dzielenia się swoim światem emocji. Muzyka jest pierwotnym działaniem człowieka związanym z obrazowaniem relacji ze światem. Poprzez jej tworzenie można wszystko: wzruszać, dzielić się, opowiadać bajki, dawać nadzieję, opisywać, walczyć, można też ranić… i leczyć. Ostatnio po koncercie przyszła do mnie pani z podziękowaniem za wykonanie piosenki. Powiedziała, że jej córka odchodzi, zostawiając smutek, a ona nic nie może zrobić. Nie umie już płakać, bo musi być silna, a na tej jednej piosence popłakała się – chciała podziękować za tę ulgę. I to jest dla mnie ważne…

 

Jak wiele można dawać (na scenie i poza nią), aby zostało jeszcze coś z Ciebie dla Ciebie?

A.G: Na scenie zawsze daję maksimum, na które mnie stać w danej chwili. Czasami, choć to nie możliwe, chciałabym dać jeszcze więcej. W muzyce nigdy nie jesteśmy sami na scenie, szczególnie przy większych składach, jak np. orkiestra symfoniczna, jesteśmy zdani na praktykę i technikę wykonawczą. Dlatego bardzo lubię niewielkie składy, bycie na scenie z przyjaciółmi. Wtedy można blisko podejść z emocjami, nawiązać intymny kontakt z widzem, jak mawiał mój profesor. A poza sceną… Ciągle uczę się dzielenia prywatnością, związaną z tworzeniem w świecie medialnym. I nie ukrywam: nie jest to łatwe (śmiech). Rzadko dzielę się swoim życiem rodzinnym, które jest zarezerwowane dla moich bliskich. Nie lubię publikować też zdjęć z wakacji czy podróży. Chociaż to akurat może bym zmieniła teraz (śmiech), niestety mamy już trochę inny świat niż jeszcze nie tak dawno…

D.B: Teraz jestem na misjach w Afryce, jestem tutaj, aby dawać swój czas, zaangażowanie i uwagę innym. Moje życie niesamowicie się zmieniło, coraz lepiej poznaję siebie. Czuję, że żyjąc życiem skupionym na innych jestem pełniej sobą. Ta perspektywa ofiarowywania siebie zmienia wszystko – wtedy będąc dla innych jesteś dla siebie. Wówczas mój czas wolny jest czasem pełnym dawania. Oczywiście jest to wyczerpujące fizycznie, pod koniec dnia jestem padnięty. Ale odkrywam tak wiele w sobie i tak mocno czuję, że dawanie nawet najprostszej obecności jest wartością budującą również mnie samego. Nie czuję, że siebie tracę. Jeśli chodzi o scenę to mam ustaloną pewną granicę, dotyczącą tego, co chcę przekazać widzom, a co chcę zostawić dla siebie. Zależy mi na tym, aby to, co chcę przekazać również prowadziło do czegoś słuchacza – dla mnie najważniejsze jest, żeby dawać widzom coś autentycznego i głębokiego.

 

Co Tobie dają widzowie na koncertach na żywo?

D.B: Energię, uwagę, zrozumienie, ale przede wszystkim świadomość, że przeżywamy coś razem. Niezwykłą wartością dla mnie jest to, że koncerty są okazją do spotkań przeróżnych ludzi, których mogę połączyć poprzez to, co tworzę i daję z siebie na scenie. Z tego połączenia wynikają czasem niesamowite rzeczy! Inspirujące jest to, że ci ludzie przyszli, bo czegoś poszukują, i czasem udaje im się to znaleźć podczas słuchania muzyki i wspólnego jej doświadczania. Chciałbym, żeby ludzie wychodzili z moich koncertów oczarowani i poruszeni, żeby wznieśli się ponad codzienność i weszli głębiej w siebie, w swoje odczuwanie. To jest taki poziom, do którego chciałbym doskoczyć, bo największym prezentem jest dla mnie doświadczanie i to, że moją muzyką kogoś poruszyłem.

A.G: Koncerty na żywo do wybuchu pandemii były moją codziennością, sposobem na życie i jego treścią. Pandemia zmusiła mnie do zmiany, przewartościowania. Na koncercie na żywo postrzegam widownię jak jednego człowieka, do którego przemawiam, śmieję się, prowadzę szalenie zajmującą rozmowę, z którym zaprzyjaźniam się i staram się odkryć jego tajemnice (śmiech). Często rozmawiam z widzami podczas koncertu, to magiczna chwila, kiedy jesteśmy razem. No chyba, że w pierwszym rzędzie siedzi jakiś sfrustrowany buntownik (śmiech), wtedy to jest jeszcze ciekawsze spotkanie!

 

Co można dostać od widzów (w mediach społecznościowych i serwisach muzycznych), z którymi nie masz kontaktu na żywo, kiedy w grę wchodzi jedynie komunikacja poprzez emotikony czy komentarze?

D.B: Dla mnie jest ważne, że ta osoba po drugiej stronie ekranu czy głośnika po prostu jest i poświęca mi swój czas. Mogłaby przecież wybrać inną aktywność, a jest ze mną, słuchając mnie. Każdy przejaw zainteresowania czy obecności jest bardzo miły: uśmiech, przytaknięcie, pokiwanie głową, wzruszenie – nawet wyrażone poprzez emotikony czy komentarze. Dawanie wyrazu temu, że się jest poruszonym czy zainteresowanym jest trudniejsze w przestrzeni internetowej, więc tym bardziej to doceniam. Na żywo oczywiście przeżywam dużo głębiej, kiedy widzę, jak ktoś czuje radość, beztroskę czy wzruszenie wynikające z piosenki, którą zagrałem – to jest magiczne i niezastąpione. Dostaję wtedy masę energii, która mnie nakręca i tak egzystujemy wzajemnie w relacji słuchacz-widz. Ale cieszy mnie każdy komentarz w internecie, bo daje bezcenną świadomość, że gdzieś jest ktoś, kto chce choć przez chwilę pobyć ze mną we wspólnym przeżywaniu.

A.G: Jeszcze niedawno uważałam, że social media nie są mi potrzebne, ale to tam przeniosło się życie w pandemii. Ciągle uczę się pływać w tej wodzie, znam wielu wykonawców, którzy nie mają np. FB. Ostatnio sporo myślę o tym, że jest to miejsce na spotkanie z widzem, ale też potężne narzędzie manipulacji. Mam nieodparte uczucie, że właśnie nastąpiło zderzenie dwóch światów i niekoniecznie cało z tego zderzenia wychodzą rzeczy wartościowe. Widownia w internecie jest duża i mocno spolaryzowana. Lajki, polubienia, subskrypcje nie zawsze przekładają się na faktyczne zainteresowanie widza, trudno o intymność i zbudowanie relacji z osobą po drugiej stronie. Może czeka nas życie w świecie Łowcy Androidów…