close

Zdecydowanie jestem jesieniarą. Jesień ma moje tempo. Inspiruje mnie. Służy. Doceniam i celebruję jej brązy, karminy, ochry i żółcienie. Wchodzą w ręce, wypełniają kieszenie, moszczą się na dnie torby, wpełzają za wycieraczki i turlają się pod nogami. Jak co roku jesienna gala moich prywatnych zachwytów rozdaje nagrody nieskończonej czułości miękkich swetrów, skutecznego omotania atrakcyjnie ciepłym szalem i błogiego kołysania w ramionach kuszących kocyków. Uwielbiam te wszystkie rozgrzane, dymiące kubki, które podają mi korzenne herbaty, czekolady z odrobiną chili, albo napary imbirowe z kurkumą i miodem.

Jesienią lubię przyglądać się ludziom. Zauważyliście, że jesienią zaczynamy mięknąć? Rozpuszczamy się owinięci w ciepłe kurtki i czapki. Delikatniejemy. Polar i puch izolują nas od hałasu i amortyzują uszczypnięcia dokuczliwych zdarzeń. Bezpieczniej nam. Opadają gardy, maski i wstyd, gdy wełny i włóczki biorą w ramiona nasze ciała. Jesienią wrażliwość przestaje być słabością. Z każdym opadniętym liściem i każdą nagą gałązką mamy coraz większą ochotę na szczerość. Otulone szalami gardła obnażają od dawna tłumione słowa i zaczynają mówić, to co czują. Czasem nawet krzyczą. Zauważyliście? Jesienią ludzie częściej mówią prawdę. Jesienią zdarzają się ważne spotkania, ważne rozmowy, niekiedy pomiędzy całkiem obcymi sobie ludźmi.

W jesienne wieczory zamykam się w studiu, wyciągam looper, odkręcam pogłosy, delaye i znikam. Otulają mnie, nakładające się na siebie wokalizy. Owijam je wokół siebie jak te mięciutkie jesienne szale, przymierzam jak te jesienne płaszcze i marynarki, i najzwyczajniej w świecie jest mi dobrze. Czasem mam ochotę otulić się czymś od uznanego projektanta. Dzisiaj wyszperałam „Self-Portrait in Three Colors” Mingusa. Składa się z trzech niezależnych linii melodycznych prowadzonych równolegle. Każda z melodii, to całkiem inny płaszcz, inna stylizacja. Każdą komórkę swojego ciała przepuszczam przez rezonans, który tworzy mój własny głos. Ubieram je kolejno w każdą z tych trzech melodii i po chwili wprowadzam się w stan medytacji.

Przypominam sobie anegdotę o mężczyźnie, który odbiera od krawca specjalnie dla niego uszyty garnitur. Przymierza. Przygląda się niepewnie w lustrze. Zauważa, że chyba jednak coś poszło nie tak. Prawa nogawka jest za krótka, a lewy rękaw za długi. Wewnętrzny szew spodni niezbyt korzystnie się układa, a marynarka krępuje ruch ramion. Mężczyzna nie umie ukryć rozczarowania – przecież garnitur miał być skrojony idealnie na niego. Krawiec macha lekceważąco ręką. Logicznie tłumaczy, że to żaden problem, bo jeżeli trochę ugnie prawe kolano i będzie starał się chodzić z kolanami skierowanymi do wewnątrz, to długość spodni będzie w sam raz, ba! zaczną się nawet znakomicie układać. A marynarka? Proszę bardzo: jak zegnie lewy łokieć i rozepnie guzik, to długość rękawa okaże się właściwa i ruchy ramion będą miały więcej swobody. Po tych fachowych poprawkach, mężczyzna jeszcze raz przegląda się w lustrze. Okazuje się, że to faktycznie świetnie skrojony garnitur. Zachwycony wraca w nim do domu. Gdy tak kuśtyka, dwóch panów przygląda się mu z zaciekawieniem. Jeden z nich wyraża współczucie, dla rzucającej się w oczy niepełnosprawności, a drugi wzdycha z zazdrością, jak to świetnie skrojony garnitur…

Ileż takich świetnie skrojonych garniturów szyjemy sobie w ciągu życia? Bądźmy szczerzy – najwięcej mamy tych, które dostaliśmy w prezencie. Dosyć łatwo jest rozstać się z niepasującymi garniturami, które sami zamówiliśmy, ale to nie wiadomo skąd wzięte przekonanie, że nie wypada nie przyjąć prezentu, znacznie utrudnia wymianę tej przedziwnej „garderoby”. Zaczynają nas boleć kolana, męczą się ręce, a nienaturalny krok dewastująco wpływa na kręgosłup. Nie szkodzi. Garnitur musi dobrze leżeć. Zawieramy w nim znajomości, przeprowadzamy rozmowy, mówimy, że kochamy, że nienawidzimy, że nie chcemy, że pragniemy… Tadam! Oto my. Ludzie. Większość w niefortunnie skrojonych garniturach. Dlaczego, ach dlaczego, tak trudno nam się ze sobą czasem porozumieć?

Znacie metodę Salvadora Dali? W wieku sześciu lat chciał zostać kucharką, w wieku siedmiu lat Napoleonem, a ponieważ jego ambicje nie przestawały rosnąć, został Dalim – tak zaczynają się jego wspomnienia („Moje sekretne życie”, S. Dali). Otwarcie przyznawał, że skromność nie jest jego specjalnością. Twierdził nawet, że są dni, kiedy myśli, że umrze z przedawkowania satysfakcji, i że nic nie poradzi na to, że jest siedliskiem geniuszu. Uważał też, że nie ma sensu obawiać się doskonałości, ponieważ nigdy się jej nie osiągnie. Wracając do metody. Jest szaleńczo prosta i zawiera się w jednym zdaniu. „Każdego ranka, kiedy się budzę, doświadczam niezwykłej radości – radości z bycia Salvadorem Dali – i zachwycam się: jakie cudowne rzeczy Salvador Dali dzisiaj osiągnie?”

Zastanawiam się nad własną „garderobą”, gdzie mam takich garniturów kilka. Są tam te wygodne, mięciutkie jak jesienne kocyki, jednak uczciwie zauważam też te skrojone chyba na kogoś innego, które jednak nadal noszę. Jeżeli tej jesieni przydarzy mi się jakieś ważne spotkanie, jakaś ważna rozmowa z drugim człowiekiem, i jeśli akurat nie będę owinięta kocykiem… to mam nadzieję, że chociaż będę miała na sobie garnitur skrojony metodą Salvadora Dali.

 

So Much Love,

Jaga

Kto z nas, dorosłych, chociaż raz nie uśmiechnął się pobłażliwie na hasło: „TikTok jako narzędzie promocji”. Taa, jasne… No, może dla sprzedawców lalek Barbie albo czym tam teraz bawią się dzieci…

Tymczasem, to już ostatni dzwonek, żeby zacząć traktować to medium bardzo poważnie, szczególnie w branży muzycznej. Z TikToka korzysta już ponad miliard użytkowników miesięcznie, merch z logiem platformy sprzedaje się świetnie (a czy ktoś z was ma koszulkę z napisem Facebook?). Konta zakładają już nie tylko, w oczywisty sposób kojarzone z platformą, nastolatki, ale coraz częściej dorośli. Również bogaci i wpływowi dorośli, biznesmeni i politycy. A nawet całe firmy. 

Te zmiany nie umknęły największym światowym wytwórniom fonograficznym, które czujnie obserwują zmiany na szeroko pojętym rynku mediów społecznościowych. Kiedy Warner Music Group podpisał umowę licencyjną z TikTokiem, był to już drugi taki przypadek w ciągu kilku miesięcy, bo wcześniej platforma dogadała się z Sony Music Entertainment. Jak ładnie ujęto w kontrakcie, chodzi o „udostępnienie utworów z listy światowych gwiazd SME oraz ekscytujących, wschodzących artystów w aplikacji TikTok”. Oznacza to, że firmie pozostał do zdobycia już tylko ostatni z majorsów: Universal Music Group.

Sama tego typu współpraca nie jest specjalnie zaskakująca, bo według raportu Bloomberg główne wytwórnie muzyczne udzieliły licencji już innym, wydawałoby się bardziej „poważnym” graczom – Facebookowi i Snapchatowi. No, ale TikTok?

Dyrektor generalny WMG Steve Cooper nie ukrywa, że „media społecznościowe odpowiadają za dziewięciocyfrowe przychody firmy, które rosną szybciej niż przychody ze streamingu w subskrypcji”. Na dowód tego WMG właśnie podpisał umowę z jeszcze mało popularnym w Polsce, należącym do Amazona, Twichem. Warner Music Group uzyskuje obecnie ponad 270 mln dolarów rocznie z TikToka, Pelotona, Facebooka i innych tego typu platform. „Wierzymy, że takie skrzyżowanie [rynku] gier, fitness, social i digital będzie napędzać znaczne przychody w przyszłości”, powiedział we wrześniu Cooper, podczas prestiżowej konferencji Communacopia Goldman Sachs.

Z kolei TikTok we własnym raporcie zauważa swój znaczący udział w rozwoju kariery ponad 70 artystów, którzy po sukcesie na tej platformie podpisali umowy z dużymi wytwórniami. Ostatnie zmiany w długości publikowanych treści to może być ukłon właśnie w stronę muzyków… i cios dla innego giganta obrazu, serwisu YouTube. Co prawda YouTube nadal ma miesięcznie więcej użytkowników (ok. 2 mld) niż TikTok (ok. 700 mln), ale to użytkownicy TikToka bardziej angażują się w oglądanie i spędzają w aplikacji więcej czasu niż na YouTube (dane dotyczą użytkowników korzystających z Androida). TikTok więc zgrabnie wypełnia lukę pomiędzy dłuższymi treściami YouTube, a obrazkami w typie memów, które jednak są dla odbiorcy mniej atrakcyjne, niż ruchome, nawet bardzo krótkie obrazy.

Co to? Po co to?

Hasłem platformy TikTok wydaje się być: dużo, szybko i śmiesznie. Do niedawna jeszcze TikTok wymagał treści w formie krótkiego (15 – 60 sek.) filmu nagranego w pozycji wertykalnej. Aplikacja umożliwia użytkownikom prosty montaż, dodanie tekstu, naklejek, filtrów oraz podkładu muzycznego. Dźwięki można dodawać własne lub wybrać z puli nagrań innych użytkowników czy bazy muzycznej udostępnianej przez TikTok.

Dla kogoś nieobytego z takim przekazem platforma kojarzy się często z chaosem i niespójnymi treściami, ale… Jak każde medium społecznościowe na TikToku po prostu trzeba mówić jego językiem, a wtedy przekaz trafi do odpowiedniego odbiorcy. Poza tym algorytmy szybko zaczynają nowemu użytkownikowi podsuwać coraz bardziej pasujące do jego upodobań treści.

Jedna z ostatnich zmian polega na wydłużeniu filmu z maksymalnie 60 sekund aż do trzech minut. Trzykrotnie dłuższe filmy testowano pod koniec 2020 roku, więc już można było je zobaczyć wczesniej, a teraz zmiana trafia stopniowo do wszystkich użytkowników. Oznacza to jeszcze więcej czasu spędzonego podczas przeglądania TikToka, ale również to, że trzy minuty to może być już cały utwór z twojej płyty…

Również same treści uległy zmianie. Śmieszne, nierzadko absurdalne filmy, wygłupy nastolatków czy zwierzaków przed kamerą zostały stopniowo uzupełniane, a nawet powoli wypierane, przez muzykę, pokazy taneczne i akrobatyczne, ale także poważne psychologiczne wykłady czy innego rodzaju edukacyjne materiały zdecydowanie skierowane tematyką czy przekazem do odbiorcy dorosłego. Ale uczniowie też mają swoich naukowych idoli – math.and.magic to edukacyjny kanał rosyjskiego nauczyciela matematyki, który śledzi już ponad 260 tys. użytkowników TikToka.

Wracając jednak do muzyki, ciekawym przypadkiem (i to w znaczeniu zbiegu okoliczności) był niespodziewany sukces zespołu Fletwood Mac, którego popularność, po ponad 20 latach kariery i milionach sprzedanych płyt, zdecydowanie przygasła w latach dziewięćdziesiątych. Jednak za sprawą jednego wiralowego wideo na TikToku (nastolatek, jadący na longboardzie i pijący sok), w którym wykorzystano stary utwór tego zespołu po tytułem Dreams, zespół po 43 latach trafił znów na szczyty list przebojów.

Rozwój samej platformy i jej działania marketingowe są coraz szersze, obejmują nie tylko wspomniane już gadżety, ale również sponsoring ważnych wydarzeń międzynarodowych (Globalny Sponsor UEFA EURO 2020). Ponadto, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom potentatów rynkowych, którzy coraz liczniej pojawiali się tam ze swoimi treściami, powstała platforma dla firm – TikTok for Business.

Jak działać na TikToku?

Można próbować samemu budować swoją społeczność i zasięgi, albo wejść we współpracę z influencerem. Samodzielne działanie, by było skuteczne, wymaga jednak śledzenia zmieniających się trendów. Materiał powinien być kreatywny i autentyczny, i oczywiście bardzo dobrej jakości (światło, ustawienie kamery, dźwięk), a publikacje regularne.

Formaty reklamowe TikToka

Platforma TikToka pozwala wykorzystać kilka formatów reklamy:

  • In-feed Native Video —reklama na stronie „Dla ciebie”, maksymalnie 15 sekund, pojawia się między innymi treściami.
  • Hashtag Challenge — treści tworzone przez odbiorców danej marki, akcja polega na utworzeniu indywidualnego „hashtag challenge”, z własną stroną i promocją na liście popularnych hashtagów.
  • Branded Effects —użytkownikom udostępnia się markowe maski lub naklejki (obiekty 2D i 3D, retusze, teksturowanie, zmiana ich kształtu).
  • Brand Takeover — po wejściu w aplikację pojawiają się użytkownikowi trzysekundowe zdjęcia albo gif/wideo trwający od trzech do pięciu sekund.

Podsumowanie

TikTok okazuje się platformą z ogromnym biznesowym potencjałem i na pewno nadal będzie się dynamicznie rozwijał, warto zatem skorzystać z jego możliwości promocji muzyki i artystów. To medium dociera do różnych grup docelowych, co pozwala pozyskiwać nowych fanów, do których pewnie nie dotarlibyśmy innymi kanałami. A konkurencja jeszcze nie jest tak duża, bo niektórzy przegapili biznesowe oraz wpływowe przemiany TikToka i wciąż się drwiąco podśmiechują. Jeśli więc jesteś kreatywny i nie boisz się eksperymentów, a do tego masz duszę odkrywcy nieznanych lądów, to śmiało rób TikToki!

 

An Ziembińska

Pierwsza wersja każdego naszego numeru brzmi tak, jak jedno z rodzinnych wspomnień. Nasz czteroletni syn siedzi pośrodku czegoś, przez co przeszło zabawkowe tornado i widząc nasze miny, mówi, że chciał się tylko pobawić WSZYSTKIM. My też na początku musimy pobawić się WSZYSTKIM. Dopada nas urodzaj pomysłów. Pojawia się suto zastawiony stół z niewykorzystanymi dotąd wtyczkami i efektami. Kończąc pierwszą wersję, jesteśmy obżarci i zadowoleni. Niestety, piosenka nie jest w stanie przyjąć WSZYSTKIEGO. Z żalem czterolatka, któremu każe się posprzątać pokój, gdy właśnie bawił się w najlepsze, zaczynamy wyrzucać. Zostaje tylko to, co wnosi wartość, albo czego brak jest zauważalny.

Śmieci. Setki tysięcy ton ubrań, elektroodpadów, kilka milionów ton żywności rocznie trafia na polski śmietnik. Ktoś policzył, że to tak, jakby 184 bochenki chleba lądowały tam, co sekundę. Wrodzona tęsknota „do tych pól malowanych zbożem rozmaitem” i uwielbienie do każdziutkiego aktu twórczego, sprawiają, że nie rozumiem. Tego, co rodzą wszelkie pola malowane jest za dużo, czy też nasz głód jest tak wielki, że chcemy zjeść więcej, niż jesteśmy w stanie?

Czy tak, jak nasza piosenka na początku produkcji, nie radzimy sobie z pragnieniem spróbowania WSZYSTKIEGO? A może tylko chcemy wypełnić ciszę zbędnymi dźwiękami i słowami, a pustkę kęsami nadmiarowych pokarmów i zbędnych przedmiotów?

Znacie bajkę o bardzo głodnej gąsienicy? Mały żarłok zjada wszystko, co spotka na drodze. Wtranżala liście, owoce, nie gardzi czekoladowym ciastkiem, ani kiszonym ogórkiem. W efekcie nie jest już ani głodna, ani mała, za to idealnie obżarta i wielka, by stać się… motylem. Czy to o to chodzi? Musimy najpierw najeść się po uszy i pobawić się WSZYSTKIM? Taki etap rozwoju. Jesteśmy tylko bardzo głodną gąsienicą?

Dalej nie wiem. Czy kiedy plon, efekt czyjejś pracy trafia na śmietnik, to znaczy, że nie jesteśmy już głodni?

So Much Love,

Jaga
somuchlovemusic

Leniwy, niedzielny poranek. W takie poranki mamy zwyczaj spotykania się z przyjaciółmi na śniadaniu. Nie na popołudniowej kawie, nie wieczorem na winie. Na śniadaniu. Jeżeli ktoś zapytałby mnie o ulubiony sposób celebracji czegokolwiek, odpowiedziałabym: niedzielne śniadanie. Takie śniadania, to jest najlepsza rzecz na świecie. Cudownie wloką się gdzieś pomiędzy „komu-kawę-komu-herbatę”, a „to-już-ta-godzinami?!”, ciągną się, przeciągają, i och, jak nikomu to nie przeszkadza. Spóźnienia są traktowane ze zrozumieniem i nikt nie musi wyjść wcześniej. Mamy czas. Cały dzień przed nami. Tak samo nęcąca, jak i przytłaczająca właściwość poranków: wszystko przed tobą. Tę samą cechę mają wszystkie początki i punkty wyjścia, wszystkie pierwsze kroki i pierwsze razy. Dopiero zaczynamy. Dopiero napełniamy płuca powietrzem. Dopiero bierzemy wdech. Właśnie dzieje się niespieszny zaczątek wszystkiego, co nastąpi. Początek cyklu i jedno z jego niezliczonych powtórzeń. Co dalej?

Te śniadania toczą się niby w kuchni i wokół stołu, a jednak trochę na naszej kanapie, na której właściwie siedzi się na leżąco, trochę przy grzebaniu w szafce z winylami i odtwarzaniu kolejnych płyt, trochę na gadaniu, trochę na milczeniu, trochę na brzdąkaniu na rozstawionych w domu instrumentach, trochę na robieniu nic. Czasem wyciągamy planszę i kamienie do Go. Mówi się, że to jedna z najstarszych gier planszowych. Legenda głosi, że jej twórcą był jeden z chińskich cesarzy, którego intencją było przedstawić w tej grze zmagania dobra ze złem, natomiast fan jungowskiego spojrzenia na dylematy natury moralnej powiedziałby, że rzecz dotyczy zmagań z cieniem i z wszystkim tym, co nieuświadomione, odrzucone i niekochane, a co dokucza, drażni i piętrzy przeciwności. Podobno ów chiński cesarz stworzył grę dla syna, którego uczył z jej pomocą życiowych wartości.

Można nie znać zasad gry i tylko zachwycać się wzorami, które tworzą białe i czarne kamienie na planszy. Każda rozgrywka to małe, monochromatyczne dzieło sztuki. Obserwuję jak biały kamień ląduje w czyjejś dłoni. Początek. Dłoń waży, obraca, głaszcze… Ponieważ w Go nie chodzi o jak najszybsze pokonanie przeciwnika, to zanim kamień dotknie planszy, zdążą opowiedzieć się historie o tym, co u nas słychać, zdąży rozlać się herbata na podłodze, którą zdąży się wytrzeć, zdąży się wypuścić na ogród psa, wpuścić kota, wymienić kwiatom wodę w wazonie, nastroić gitarę, odebrać telefon, który okazuje się pomyłką, pojechać na najbliższą stację benzynową po lody, bo ktoś ma na nie teraz ogromną ochotę i wrócić. A potem dłoń stawia kamień na planszy. Koniec.

Ruchy wykonuje naprzemiennie dwóch graczy. Stawiają kamienie na przecięciach linii tworzących siatkę, którą podzielona jest plansza. Bardzo istotna w tej grze jest przestrzeń wokół kamienia. Tworzy ją określona liczba miejsc. Tę przestrzeń, te wolne miejsca nazywa się „oddechami”. Każdy kamień ma określoną liczbę „oddechów”. Przy konfrontacji z kamieniem o przeciwnym kolorze, można stracić „oddech”. Jeżeli postawisz kamień zbyt blisko kamienia o przeciwnym kolorze, zabierasz mu „oddech”. Gdy gromadzisz blisko siebie własne kamienie i tworzysz z nich grupę, łączysz ich „oddechy”. Rozczulające – twoja „społeczność” kamieni dzieli wspólne „oddechy”. Możesz pozbyć się kamienia o przeciwnym kolorze otaczając go własnymi kamieniami. Po prostu odbierasz mu w ten sposób wszystkie „oddechy”. To nie do końca precyzyjne wyjaśnienie i prawdopodobnie znawcy zaprotestują, ale lubię myśleć, że celem gry jest stworzenie przestrzeni dla „oddechów” własnych kamieni, że w Go liczy się suma wszystkich oddechów i przestrzeń, którą dla nich stworzysz. Trąci coelhowską prawdą życiową. Nie mogłam się powstrzymać.

Pociąga mnie życie i jego proste zasady zawarte w tych hipnotyzujących układach białych i czarnych kamieni. Masz tyle czasu, ile potrzebujesz zanim wykonasz jakikolwiek ruch. To nie znaczy, że w tym bezruchu nic się nie dzieje. Być może dzieje się wszystko to, co jest potrzebne do podjęcia decyzji. Przegrywasz, gdy twoja przestrzeń jest niewystarczająca, nie taka, jakiej potrzebujesz. Przegrywasz, gdy nieumiejętnie wyznaczasz kamieniami jej granice. Możesz stracić „oddech”, gdy postawisz kamień w nieodpowiednim miejscu, w związku z tym każdy ruch poprzedza myśl: „czy warto akurat tu, akurat w tym miejscu?” Możesz stracić kamień, jeżeli pozwolisz odebrać sobie wszystkie „oddechy”. Poza tym podobno to jest więcej niż pewne, że przegrasz, gdy zaczynasz grę z chęcią zagarnięcia jak największej przestrzeni, gdy zamierzasz mieć więcej niż to niezbędne. Przestrzeń dla twoich „oddechów” ma być ani za mała, ani za duża. Ma być wystarczająca.

To takie ważne. Przestrzeń. Oddech. Jedno wpływa na drugie. Nic, tak jak ostatni rok, nie pokazało nam tak namacalnie tej zależności. Nigdy wcześniej nie musieliśmy masowo się nad tym zastanawiać. Nigdy wcześniej możliwość ograniczenia swobodnego oddechu i przestrzeni nie dotyczyły w jednym momencie każdego człowieka na świecie. Nigdy wcześniej nie byliśmy zmuszeni dbać jednocześnie o własną i czyjąś przestrzeń. Nigdy wcześniej nie musieliśmy globalnie troszczyć się o własny i czyjś oddech. Nigdy wcześniej nie musieliśmy w takim tempie konstruować na nowo społecznej przestrzeni, która to konstrukcja, jak zasady obchodzenia się z kamieniami o przeciwnych kolorach w Go, zdaje się opierać głównie na tym, żeby nie oddychać zbyt licznie, zbyt często i zbyt blisko siebie. Frustrujące zaprzeczenie np. idei koncertu i tego, do czego dąży artysta muzyk. Nic nie jest już takie, jakie było. Próbujesz dostroić się do nowej rzeczywistości. Uczysz się na czym ta nowa przestrzeń polega. Masz wrażenie, że jest absolutnie niewystarczająca, mimo to, przecież coś trzeba robić. Próbujesz nawet liczyć tę dozwoloną liczbę oddychających podmiotów na m2, żeby po prostu móc robić to, co umiesz robić najlepiej. I czujesz, że to dopiero początek, że to dopiero faza pierwsza, to dopiero wdech.

Co dalej? To, co zdarza się pomiędzy wdechem, a wydechem – parafrazując Buddę. Dalej zdarza się życie. Pobrany podczas wdechu tlen zawarty w powietrzu przenika do krwi i za pośrednictwem układu krążenia jest dostarczany do narządów, do każdej najmniejszej komórki w organizmie i właściwie wszystko się zmienia. Nic nie jest takie, jak chwilę wcześniej. Mniej więcej co 3,3 sekundy, w czasie, w jakim przeciętny człowiek robi wdech i wydech, przeżywamy przemianę, na którą nikt nie zwraca uwagi. Mało tego, nie zauważamy nawet, że pomiędzy wdechem, a wydechem doświadczamy zatrzymania, podczas którego zdarza się rewolucja. Statystycznie rzecz biorąc, dzieje się tak średnio 670 milionów razy w ciągu życia. 670 milionów razy. Mam nieodparte wrażenie, że tu właśnie jesteśmy. Między wdechem, a wydechem. Między ważeniem kamienia w dłoni, a znalezieniem dla niego miejsca. Dokucza nam głównie to, że ten cykl trwa dłużej niż 3,3 sekundy, że nie wiadomo, kiedy odetchniemy. Dobra wiadomość jest taka, że to minie. Nic nie będzie takie, jak przedtem, ale minie. Każdy cykl ma swój koniec.

W naszym domowym studiu nagraniowym zawisły niedawno, oprawione w ramki, kopie pięciu rund Go rozegranych między człowiekiem, a programem komputerowym. Alpha Go – tak nazywa się program, który jako pierwszy automat pokonał zawodowego gracza Go. Sposób tworzenia algorytmu, na którym oparto ten program jest nie mniej fascynujący, niż sama gra. Nie było to łatwe, bo w porównaniu np. z szachami, Go ma dużo więcej zmiennych. Sieć neuronową, czyli to, czym jest mózg dla sztucznej inteligencji, poddawano nauce nieskończonej liczbie możliwych kombinacji. Mówi się, że program okazał się takim sukcesem, ponieważ podczas tworzenia algorytmu, sieci neuronowej nie podawano gotowych rozwiązań problemów. „Mózg” sztucznej inteligencji musiał znaleźć nowe, własne, odpowiadające mu rozwiązania, a nie takie, które inni dotychczas z powodzeniem zastosowali. Mecz zakończył się wynikiem 5:0. Przerażające? Ależ skąd. Jeżeli sieć neuronowa była w stanie stworzyć nową jakość głównie dlatego, że nie wiedziała, co zwykle robi się w danej sytuacji, to tym bardziej jest w stanie zrobić to ludzki mózg. Może jedyne, czego potrzebuje, to czasu i przestrzeni, w której jest zmuszony do szukania nowych możliwości. Czy to jest to, co nam przeszkadza w rozwoju? Korzystanie z tzw. sprawdzonych rozwiązań? Czy właśnie to się wydarza? Czy po raz pierwszy od niepamiętnych czasów tworzymy nową jakość, nową przestrzeń bez dostępu do informacji wyjaśniających, co należy w tej sytuacji robić?

A oddech? Akurat w tej kwestii, warto cofnąć się do początków, do tego co najbardziej dla człowieka naturalne, choć zapomniane. Podstawowa zasada oddechu najbliższego naturalnym potrzebom ciała, mówi o tym że powinien być wykonywany z zamkniętymi ustami. „Oddech. Naukowe poszukiwania utraconej sztuki”, książka amerykańskiego dziennikarza, Jamesa Nestora, rozpoczyna się wyjaśniającym właściwie wszystko cytatem, pochodzącym z chińskich inskrypcji kamiennych z czasów dynastii Zhou, z V wieku p.n.e. „Podczas wykonywania oddechu, wdech musi być pełny. Gdy będzie pełny, będzie miał dużą objętość. Gdy będzie miał dużą objętość, będzie mógł zostać pogłębiony. Gdy zostanie pogłębiony, będzie mógł przeniknąć w dół. Gdy przeniknie w dół, spowolni i uspokoi się. Gdy spowolni i się uspokoi, stanie się stabilny i silny. Gdy stanie się stabilny i silny, zacznie kiełkować. Gdy zacznie kiełkować, będzie rosnąć. Gdy urośnie, wycofa się w górę. Gdy wycofa się w górę, dotrze do czubka głowy. Sekretna moc Opatrzności przemieszcza się w górę. Sekretna moc Ziemi przemieszcza się w dół. Ten, kto będzie przestrzegał tej zasady, będzie żył. Ten, kto będzie czynił wbrew tej zasadzie, umrze.” Polecam tę pozycję, zwłaszcza, że zawiera kilka naprawdę cennych ćwiczeń oddechowych – wyciszających, równoważących pracę serca i zwiększających wydolność organów wewnętrznych.

Niektórzy mówią, że rodzimy się z określoną liczbą oddechów, które mają starczyć nam na całe życie i to od nas tylko zależy w jaki sposób i jak szybko je wykorzystamy. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w świecie, w którym jest to prawdą. W tym świecie jest oczywiste, że im wolniejszy oddech, tym lepiej. Istnieje tu przekonanie, że pozbawiony przyspieszonego oddechu styl życia jest bardziej wartościowy. Jest na pewno zdrowszy, tylko, czy naprawdę wszyscy przyszliśmy tu na Ziemię, by praktykować życiowy zen i delektować się coraz dłuższymi oddechami? Może tak. Może nie. W każdym razie, w tej fantazji o określonej sumie oddechów na życie, pociąga mnie inna rzecz. To podejście zwyczajnie wymusza zwracanie uwagi, na co te oddechy się przeznacza. W jakiej przestrzeni i jakim powietrzem się oddycha. Właściwie większość współczesnych metod zwiększania efektywności do tego się sprowadza. Od tego jak dużo i jak ciężko pracujesz, ważniejsze jest to, czy poświęcasz uwagę temu, czemu warto ją poświęcać i czy służy ci przestrzeń, w której przebywasz, a w niej powietrze i atmosfera, którymi oddychasz. To podejście zapewnia większą efektywność, ale przede wszystkim życie w zgodzie ze sobą. Tak naprawdę dotyczy ono każdego aspektu życia. Bliższych i dalszych relacji, twórczości, decyzji zawodowych. Tego, czym wypełniasz biblioteczkę, lodówkę, czy szafę. Czego słuchasz, o czym rozmawiasz. Ok. Chwila prawdy. Na co chcesz przeznaczyć własne oddechy? Jeden z moich zmieniających życie wniosków napędzonych ideą określonej liczby oddechów sprowadza się do tego, że jeżeli śpiewając piosenkę muszę zastanawiać się, w którym miejscu wziąć oddech, to znaczy, że albo jej tempo nie jest zgodne ze mną, albo coś jest nie tak z tekstem, albo piosenka nie jest dla mnie. Stawiam moje kamienie w przestrzeni, z którą nie muszę walczyć, w melodii, w której nie muszę liczyć oddechów, by dotrwać do jej końca. Umiem, tylko po co? Jeszcze nigdy nic dobrego z tego nie wyszło

Koncept określonej sumy oddechów do zuŻYCIA bywa tyleż uwalniający, co bezwzględny. Na przykład teraz. Cholera jasna, co mi przyszło do głowy… policzyłam. Czytając ten tekst wykonaliście minimum 270 oddechów. Fakt, który na moment mnie obezwładnił. Co dalej? Ego – część systemu operacyjnego dla automatycznego działania – podpowiada różne ewentualności. Może przeprosić? Może podziękować? Może zacząć się wstydzić, czuć się głupio i nie na miejscu? A może zacząć czuć się w tej sytuacji wręcz przeciwnie? Skutek uboczny socjalizacji, który przydarza się niejako z rozpędu. Jako członek społeczeństwa, wiesz takie rzeczy. Wiesz, co w takiej sytuacji wypada zrobić, jak powinno się czuć i czego, być może, ktoś od ciebie oczekuje. Zestaw powszechnie znanych zasad i często fałszywych przekonań regulujących zachowanie, by zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa, przynależności do wspólnej przestrzeni, i takich tam społecznych niezbędników. A odczuwanie? Zatrzymuję się, żeby poczuć, co w tej sytuacji jest dla mnie prawdziwe? Przepraszać? Gdyby faktycznie było mi przykro, nie zabierałabym ci czasu tym tekstem. Wdzięczność? Nie, to nieprawda, że jestem w tej chwili wdzięczna. Potrzebuję czasu, żeby zastanowić się, co tak naprawdę czuję i co tak naprawdę chcę teraz zrobić. Bardzo lubię zatrzymania, są mi potrzebne. Pomijając to, że jestem osobą, dla której większość rzeczy dzieje się za szybko, czas między wdechem, a wydechem, między sięgnięciem po kamień, a postawieniem go na planszy, jest tym, co sprawia, że się rozwijam. To czas na odrzucenie znanych rozwiązań i wybranie tych, które są bardziej zgodne ze mną. Inkubuję zadowalający mnie efekt. Każdy wydech, tak jak każdy rodzaj twórczości i każde stawanie się, potrzebuje zatrzymania tuż przed. Przykładowo już wiem, że odrzucając ten szereg automatycznych – do wyboru do koloru – zachowań, czuję radość. Tak, w tym miejscu chcę postawić mój kamień. Po prostu cieszę się z wszystkich oddechów przeznaczonych na czytanie tego tekstu. Zwłaszcza, że być może gdzieś, w jakiejś tajemniczej przestrzeni, w jakimś innym wymiarze, w którym nie trzeba się widzieć, ani dotykać, gdzie wystarczy się czuć, wszyscy czytający i ja, pisząca te słowa, wymieniliśmy te oddechy między sobą. Czuję radosną perspektywę spotkania, które się odbyło, albo odbędzie w dowolny dzień tygodnia, o pasującej nam wszystkim porze dnia. To zakończenie, które bardzo mi odpowiada. Wydech… Komu kawę, komu herbatę?

Jaga Baczyńska
So Much Love
https://www.facebook.com/somuchlovemusic/

Organizatorzy festiwalu wracają do korzeni wydarzenia i w programie drugiej sceny stawiają wyłącznie na wrocławskich artystów. 

WROsound dopiero od trzech lat funkcjonuje jako festiwal plenerowy, ale na wrocławskim rynku wydarzeń muzycznych o wiele dłużej, bo od 2008 roku. Założeniem pierwszych edycji było skupienie uwagi wyłącznie na wrocławskich artystach, ale naturalnym efektem rozwoju imprezy były coraz nowsze pomysły na program. Dlatego już w 2019 roku na placu przed Impartem mogliśmy podziwiać m.in. Michaela Kiwanukę, SOHNA czy zespół ONUKA. W tym roku organizatorzy wrócą jednak do korzeni z pomocą dodatkowej sceny –  zorganizowanej pod hasłem Tak Brzmi Wrocław. Na jej program złożyły się pomysły przedstawicieli cyklu Dogrywki, ekipy Tak Brzmi Miasto oraz samego festiwalu.

W piątek w ramach Dogrywek, czyli spotkań wokół muzyki organizowanych w Barbarze przez Strefę Kultury Wrocław, posłuchamy o kulisach twórczości wrocławskich kolektywów djskich. Będą rozmowy o inspiracjach, interesujące historie, muzyczne przykłady i próbki możliwości. W ciągu dwóch dni zaprezentują się przedstawiciele składów Acidtropicália, regime, Wkurvv, outlines oraz K-HOLE TRAX.

W sobotę do muzycznych opowieści i smakowitych setów dołączą koncerty. Reprezentację złożoną z czterech lokalnych zespołów przygotowała ekipa Tak Brzmi Miasto, odpowiedzialna za największy program rozwoju muzyków i menadżerów w Polsce. Zagrają KAIRO, Follow Rivers, Filip Mizia oraz Monsieur Premiere.

Na finał wystąpi zespół Oxford Drama, który niedawno wydał swój trzeci studyjny album „What’s The Deal With Time?” i będzie to wrocławska premiera tego materiału na żywo.

Wstęp na wydarzenia w ramach sceny Tak Brzmi Wrocław – która zostanie ulokowana w podwórku Impartu – jest darmowy. Szczegółowy harmonogram będzie dostępny wkrótce na stronie  www.wrosound.com. Nadal można także zakupić bilety na koncerty sceny głównej – na placu przed Impartem wystąpią: HVOB live, Thylacine, KAMP!, Baasch, schfter, Syny, Meek, Oh Why?, Tomasz Makowiecki, Coals oraz MIN t. Festiwal WROsound odbędzie się w dniach 16-17 lipca i oprócz muzycznych uniesień pojawi się kilka dodatkowych atrakcji. Do ich współorganizacji zaproszono wielu partnerów, którzy wesprą działania proekologiczne, zaproponują lifestylowe warsztaty lub poprowadzą specjalne strefy.

Bilety: www.wrosound.com, www.strefakultury.pl, www.eventim.pl