close

Każdego z nas w pewnym momencie swojej muzycznej przygody może dopaść marazm i niemoc twórcza. Zmęczenie wciąż tym samym miejscem, salką prób czy pracownią. W kółko powtarzane schematy, które zaczynają blokować pokłady waszej artystycznej energii. Gdy czujecie, że właśnie dochodzicie do takiego miejsca, niezbędne jest złapanie dystansu, złamanie przyjętych reguł i spojrzenie na swoją pracę z innej perspektywy.

Pierwszym co przychodzi na myśl jest zrobienie sobie po prostu krótkich wakacji. Spokój morza, piasek, palmy lub wyciszające, górskie wycieczki i rowerowe podróże. Tylko czy na pewno trzeba rezygnować w tym wszystkim z muzyki? A jeśli udałoby się połączyć wyciszenie i złapanie oddechu z twórczą pracą w wyjątkowych okolicznościach przyrody? To przecież właśnie w nowych, ciekawych miejscach powstają często największe cudowności. Tylko jak znaleźć takie miejsca, gdzie natura łączy się z technologią?

W tym miejscu wychodzę wam naprzeciw i przedstawiam kilka wybranych lokalizacji, w których odpoczynek idealnie łączy się z kreatywnością.

Dom Pracy Twórczej i Rozwoju Osobistego Kosówka

“Przygotowaliśmy dla Ciebie przestrzeń, którą możesz wykorzystać na swój własny, indywidualny sposób! Niech Twoja wyobraźnia i kreatywność, a także potrzeba odpoczynku i oddechu zaaranżują pomieszczenia i wykorzystają ich potencjał!”

Tak zapraszają swoich gości właściciele domku Kosówka w samym sercu Tatr. Jeśli kochacie góry, a widok ich majestatu nakręca waszą kreatywność, to wybierzcie ten dom pracy twórczej. Na wyposażeniu pianino elektryczne, zestaw nagłośnieniowy oraz mikser.

dompracytworczejkosowka.pl

Zagroda Magija

A gdyby rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady? Teraz to możliwe! Zagroda Magija to miejsce otwarte na działania artystyczne. Dom pracy twórczej, gdzie każdy artysta znajdzie swoją kreatywną przestrzeń. Miejsce to, w miarę potrzeb, potrafi idealnie zamienić się w salę prób, studio nagrań lub pracownię. W Zagrodzie swoje albumy tworzyły takie zespoły jak Lao Che, Pink Freud czy Pablopavo. Jesteście gotowi by przejąć nieco ich twórczej energii?

zagrodamagija.pl

Dom Muzyki

Ośrodek położony pod samą Warszawą, w otoczeniu XIX-wiecznego parku nad malowniczą rzeką Mienią, jest pierwszym w Europie integracyjnym domem pracy twórczej. To miejsce spotkania różnych środowisk twórczych z osobami niepełnosprawnymi wybitnie uzdolnionymi artystycznie, ale też wszystkich potrzebujących terapii (np. pacjentów z depresją, chorobą dwubiegunową czy zdrowiejących osób uzależnionych). Znajdziecie tu wszystkie niezbędne do działań pracownie, studia nagrań oraz specjalny zespół prawników i pracowników socjalnych. Organizowane są tu również koncerty i inne wydarzenia artystyczne

dommuzyki.com

Dom Pracy Twórczej ZAiKS

Na wszystkich członków ZAiKS-u czeka aż pięć domów pracy twórczej położonych w najpiękniejszych zakątkach Polski. Ośrodki są finansowane przez ZAiKS ze składek członków, czyli was! Zostały stworzone dla autorów i przez autorów, aby zapewnić im jak najlepsze warunki do pracy i wypoczynku. Natchnienia w tych miejscach szukali tacy artyści jak Wojciech Kilar, Sławomir Mrożek, Agnieszka Osiecka, Tadeusz Różewicz, Wisława Szymborska, Julian Tuwim czy Wojciech Młynarski.

Stawki za pobyt są bardzo atrakcyjne, a aby się o tym przekonać wystarczy zadzwonić i poprosić o spersonalizowaną ofertę.

zaiks.org.pl/dla-autorow/domy-pracy-tworczej

Akademia Klawiszowa

Pracownia Mai, uczestniczki naszego Inkubatora TBM, mieści się we wnętrzach Królewskiej Fabryki Karabinów, unikatowego i tętniącego życiem zabytku poprzemysłowego na Dolnym Mieście w Gdańsku. Akademia Klawiszowa jest otwarta przez cały tydzień od 8:00 do 22:00, a można ją wynająć na godziny. W środku znajdziecie salę prób, a także przestrzeń koncertową. Jak na akademię przystało istnieje tu również możliwość nauki gry na instrumentach klawiszowych: fortepianie (pianinie) i klawesynie.

facebook.com/akademiaklawiszowa

Monochrom Studio

Może potrzebujecie profesjonalnego studia nagrań, ale oddalonego od zgiełku miast i skupisk ludzkich? Zatem Studio Monochrom, położone w Kotlinie Kłodzkiej, to pierwszy kierunek, który powinniście obrać. Niesamowita przestrzeń, wybitna akustyka, sprzęt z najwyższej światowej półki. Dodatkowo całkowita cisza i przestrzeń, a wokół tylko lasy i góry. Oczywiście tak komfortowe warunki mają swoją cenę, natomiast z doświadczenia wiem, że naprawdę warto.

monochromstudio.com

Powyższe zestawienie nie zostało opłacone przez żadne z wymienionych miejsc. To lokalizacje sprawdzone i polecane przez was, Inkubatorowiczów. Oczywiście spokój połączony z twórczą pracą jest możliwy w przeróżnych miejscach, czy to na plaży, czy w samochodzie, a nawet wannie wypełnionej gorącą wodą. To od was samych zależy, gdzie złapiecie swój artystyczny oddech.

A ja życzę wam, żeby tych wyciszających, a zarazem kreatywnych chwil było po prostu jak najwięcej!

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się ze swoim zespołem nad zorganizowaniem jakiejś zwariowanej akcji, która z jednej strony da wam rozgłos, a z drugiej przyniesie niezapomniane wspomnienia? A co powiecie na 100 koncertów w 100 dni? Brzmi wystarczająco nietuzinkowo? 

Takiego zadania w 2017 roku podjął się bydgoski skład Over The Under. Karol Korniluk, głównodowodzący zespołu, opowiedział mi o kulisach zorganizowania takiej trasy, o wzlotach i upadkach oraz o tym, czy powtórzyłby takie przedsięwzięcie.

Jarek Jazienicki: Wiadomo w jakiej sytuacji wszyscy się znajdujemy, zatem jak Over the Under radzi sobie z obecnymi realiami?

Karol Korniluk: Dobrze, mamy urlop. (śmiech) Wiadomo, że koncertowo jest generalnie słabo. Aczkolwiek tyle przez ostatnie lata koncertów zagraliśmy, około trzystu w przeciągu niecałych trzech lat, że nie było czasu na nagranie nowej płyty. Nie można było na spokojnie garów rozłożyć, bo one co chwila gdzieś jeździły. W międzyczasie były robione jedynie jakieś pojedyncze utwory. Brakowało nam czasu, by wszystko dopiąć i skończyć. Dopiero dzięki Covidowi uznaliśmy, że mamy w końcu czas nagrać nowe albumy. Od marca zdążyliśmy wydać płytę akustyczną, w miksie mamy drugi album i jednocześnie robimy kolejny z hip-hopowcami, którzy będą udzielali się na zwrotkach. Ten ostatni na pewno będzie stylistycznie inny od tego co dotychczas robiliśmy. Aha, i dodatkowo kończymy jeszcze epkę. Zatem cieszymy się, że mamy teraz czas, aby to skończyć. Jedyny koncert udało się zagrać podczas festiwalu Wakestock, który organizowaliśmy w Bydgoszczy.

Nie nudzicie się jak widać. Czy w takim razie pandemia pokrzyżowała jakieś Wasze plany?

Mieliśmy jechać w dużą trasę po Europie, gdzie do zagrania było kilkadziesiąt koncertów, głównie w Wielkiej Brytanii. W tym kilka festiwali, między innymi we Francji. Miała to być taka powtórzona setka, tylko że europejska. Tydzień przed pandemią mieliśmy zabukowane ponad pięćdziesiąt koncertów. Niestety wszystkie plany upadły i będziemy starać się to przenieść, na razie nie wiadomo jednak na kiedy.

Przechodząc powoli do Waszej trasy 100 koncertów w 100 dni, jak dużo mieliście występów przed tym wydarzeniem? Uważasz, że byliście dobrze przygotowani na takie przedsięwzięcie?

Przez około rok graliśmy tak weekendowo, jak większość zespołów. Prawie każdy weekend mieliśmy podporządkowany pod koncerty. Wychodzi, że zagraliśmy około 50, przy czym zdarzały się też koncerty za granicą, głównie w Niemczech i Czechach. Początki były trudne: przy pierwszej trasie dzwonienie, czekanie na odpowiedzi, to mnie mocno dobijało. Nie przejmowaliśmy się, gdy słyszeliśmy „u nas takiej muzyki się nie gra” lub „przepraszamy, ale mamy zajęte kalendarze”, ale odpowiedzi typu „nie wiem, zadzwoń może za dwa tygodnie”. Oczekiwaliśmy wtedy konkretnej odpowiedzi: tak albo nie.

Foto P.Garbowski

Foto P.Garbowski

 

Ok, wychodzi na to, że mieliście już wcześniej trochę doświadczenia. Rozumiem, że ułatwiło to Wam bukowanie tak dużej trasy. Kto z zespołu zajmował się tym tematem?

Generalnie wszyscy to robiliśmy, ja załatwiałem pierwszą część, w Polsce. Mieliśmy taki system, że dzwoniłem do właścicieli klubów, a maile wysyłał Krystian, kolega z zespołu. Notki mieliśmy już przygotowane, wystarczyło tylko porozsyłać. Dzięki temu mogłem skupić się na telefonie i kontakcie osobistym.

Przy organizacji weekendowych tras można skupić się na większych miastach, a tam znalezienie klubów jest dość proste. Jednak przy tak długiej wyprawie siłą rzeczy trzeba szukać miejsc koncertowych także w mniejszych miejscowościach. W jaki sposób do takich miejsc docieraliście?

Najpierw to była topografia, obliczanie kilometrów, żeby jak najmniej auto spaliło. Przy takiej trasie chcieliśmy, by podróże nie były zbyt męczące. Ustaliliśmy zasadę, że przejazd od jednego do drugiego koncertu to maksymalnie 100 km. Oczywiście to była umowna wartość, czasami wychodziło 30, 40 kilometrów, a czasami nawet 300, ale to już był przymus, bo nic innego po drodze nie mogliśmy zagrać.

Miałem taką mapkę Google z zaznaczonymi klubami i numerami telefonów, do tego znalazłem jakąś starą listę z miejscówkami, którą zrobiłem gdy grałem jeszcze w innym zespole. Do tego oczywiście Facebook i jeśli w jakimś mieście chcieliśmy zagrać, to szukałem na portalu. Zdarzało się również, że dzwoniłem do zespołu z danego miasta grającego w klimatach rockowo-metalowych i ich pytałem o kluby. Ale to już w ostateczności.

Dawaliście sobie jakąś granicę, jeśli chodzi o wielkość miasta? Omijaliście zupełne małe miasteczka?

Nie, w sumie nie mieliśmy takiej granicy. Czasem w tych ultramałych miasteczkach zdarzały się zajebiste imprezy i frekwencja była spora, natomiast w dużych bywała klapa. Przy tej trasie około 20 koncertów zagraliśmy za granicą i tam skupialiśmy się na większych miastach.

Z jak dużym wyprzedzeniem planowaliście booking?

Pierwsze telefony rozpoczęły się między lutym a marcem (trasa wystartowała pierwszego września). Załatwienie polskich koncertów było już na finiszu w połowie maja, a zagranicę zostawiliśmy na koniec. Teraz wiem, że powinniśmy odwrotnie to zrobić i zająć się europejskim etapem trasy na samym początku. Tam trzeba bukować z o wiele większym wyprzedzeniem, często piszesz maila i przez bardzo długi czas nie dostajesz odpowiedzi. Przez to ostatnie występy zatwierdzaliśmy jeszcze w lipcu, ale generalnie się udało.

Gdy udało się już skontaktować z danym klubem, trzeba porozumieć się co do warunków. Na jakich zasadach dogadywaliście się z właścicielami? Mieliście wypracowaną jedną stawkę, a może chcieliście brać tylko pieniądze z bramki?

Przeróżnie, były takie kluby, które płaciły gwaranty, co było zarąbiste. Była standardowa bramka lub bramka z koniecznością opłaty za nagłośnienie. W większości ominęliśmy to, bo mieliśmy na pokładzie swoje fronty i z nimi jeździliśmy. Przez to ludzie byli często bardzo zdziwieni faktem, że możemy sami się nagłośnić i na odpowiedzi „no moglibyście u mnie zagrać, ale ja nie mam sprzętu” mówiliśmy „ale my mamy!”. Ponadto oszczędzaliśmy na akustyku, bo ja wszystko nagłaśniałem, również kapele, które nas supportowały. Bywały i kluby, które mają taki standard, że musiał być ich akustyk oraz fronty. Jeśli nie było innej opcji w danym mieście, zgadzaliśmy się zagrać na takich warunkach. Super natomiast zachował się klub w Berlinie, gdzie nie chcieli żadnych pieniędzy za udostępnienie lokalu, kiedy usłyszeli o całej akcji. Ze dwa razy zdarzyło się, że zagraliśmy za tzw. kapelusz, co okazało się świetnym pomysłem, na którym sporo zarobiliśmy.

Jak z pozostałymi kosztami trasy: paliwo, noclegi i tak dalej, jak je wyliczaliście? Co z końcowym wynikiem finansowym, udało się wyjść przynajmniej na „znane i lubiane” zero?

Mieliśmy swojego busa, a dzięki niedużym odległościom między koncertami nie wydawaliśmy dużo na paliwo. Noclegi natomiast to jest ciekawa rzecz, bo w ogóle sobie ich nie załatwialiśmy. Założenie było takie, że śpimy w busie. W paru miejscach mieliśmy zapewnione spanie przez organizatora, do tego jakieś piwko czy obiad. Jednak w trasie najczęściej ludzie podchodzili do nas po koncertach i pytali jak się czujemy, czy mamy gdzie spać. W tym momencie zawsze znalazł się ktoś kto zapraszał do siebie do domu, w ten sposób mieliśmy darmowy nocleg oraz pełną opiekę w postaci trunków, a nierzadko nawet śniadania. (śmiech) Dzięki temu poznaliśmy masę wspaniałych ludzi, z którymi mamy kontakt do teraz. Ostatecznie w busie, na te sto koncertów, spaliśmy może kilkanaście razy. Jeśli chodzi o końcowy wynik, to był spory plusik. Mogę powiedzieć, że średnio przez te 100 dni mieliśmy na koncertach około 50 osób, co dało naprawdę spoko liczbę. Nie sposób tutaj nie wspomnieć o sponsorach, udało nam się w dosłownie dwa tygodnie zebrać od nich tyle kasy, ile założyliśmy na tę trasę. Skupiliśmy się na lokalnych, bydgoskich firmach.

Miasto też się jakoś do tego dołożyło?

Tak, dali nam naklejkę na busa i to wszystko. (śmiech) Dostaliśmy patronat prezydenta miasta Bydgoszcz, złożyliśmy po tym wniosek o dofinansowanie chociaż kosztów paliwa. Wyszło na to, że my go zareklamowaliśmy, a on nie dał nawet złotówki na paliwo. I to jest akurat trochę przykre. Wszyscy sponsorzy to prywatne firmy, między innymi browar. Zajebistym ruchem, który przekonał część sponsorów, było wzięcie ulotek, które zostawialiśmy w klubach. Dzięki temu firmy miały swoją reklamę w całej Polsce.

Jak wyglądało Wasze podejście do promocji całej trasy. Uderzaliście tylko do dużych, ogólnopolskich serwisów, czy również do lokalnych mediów? Jakie mieliście sposoby na wypromowanie trasy?

Wysłaliśmy plakaty do każdego klubu, ale nie wszędzie je wywiesili. Z perspektywy czasu wiem, że to był zły pomysł. Kosztowało nas to dużo wysiłku, a w większości miejsc nikt się nawet nie pofatygował, żeby je rozwiesić, czasem ściemniali, że nic nie dostali. Potem tylko znajdowaliśmy nierozpakowane paczki za barem. Lepszym sposobem byłoby poproszenie klubu, aby takie plakaty sam wydrukował i wypromował koncert. Lepiej wydać te parę złotych na promocję cyfrową i zrobić akcję w mediach. Na każdym koncercie był też support z danego miasta, dzięki czemu na miejscu ludzie wiedzieli, że coś się dzieje. Mieliśmy ziomka, który miał zająć się lokalnymi mediami, ale wziął za to kasę i zniknął… Udało się złapać też jakieś patronaty, między innymi Antyradia czy Interii. Zdarzyło się nawet tak, że na warszawski koncert przyjechał Polsat, a w Holandii TVP Polonia nakręciło o nas krótki dokument.

Utarło się przekonanie, że koncerty najlepiej organizować w piątek i sobotę, bo w inne dni nikt nie przyjdzie. Wasza trasa zakładała granie codziennie, jak to się przekładało na konkretne dni, widać było różnice?

Totalna loteria, czasami był bardzo słaby piątek, za to świetny poniedziałek. Polecam granie w dużych miastach właśnie w takie dni jak wtorek czy środa. Dlaczego? W weekend masz, przykładowo w takiej Warszawie, kilka komercyjnych koncertów, które są dla twojego wydarzenia dużą konkurencją, a w tygodniu jest o wiele mniej wydarzeń. Za to do małych miejscowości na weekend zjeżdżają ludzie, w rodzinne strony i szukają wydarzeń, na które mogą wybrać się ze znajomymi.

Przebywanie przez tyle czasu w jednym busie i wielotygodniowe koncertowanie, nawet z najlepszymi przyjaciółmi, może doprowadzić do pewnych konfliktów. Czy relacje wewnątrz zespołu uległy jakiejś zmianie?

Nic się nie zmieniło. Kiedy robisz tak duży projekt, to nawet nie masz na to czasu. Przyjmijmy taki typowy dzień: wsiadasz do fury, jedziesz te 100 kilometrów, czyli jakieś dwie godzinki, potem wbijasz do klubu i od razu zagaduje cię szef czy inny menedżer. Przed koncertem przychodzą ludzie, w trakcie gadasz z osobami od supportów, po koncercie znów do ludzi i wychodzi na to, że ciągle jesteś wśród nowych osób. Gdybyśmy działali na zasadzie, zagrać koncert i od razu do hotelu, to rzeczywiście mogłoby być ciężko, ale my wolimy się integrować. Dni były zbyt intensywne, żeby znaleźć jeszcze czas na kłótnie, wolne chwile woleliśmy spędzać na przykład na zwiedzaniu.

Jak z perspektywy czasu oceniasz całe to przedsięwzięcie, poleciłbyś innym zespołom takie akcje? No i najważniejsze, czy sam powtórzyłbyś tę trasę?

Gdybym nie musiał tego bukować, to bym powtórzył. (śmiech) Mógłbym to robić co roku, nawet jeśli chodzi o kwestie finansowe, to na takiej trasie się po prostu dobrze zarabia. Weźmy choćby koncert dla 40 osób, bilety po 10 zł, to już są cztery stówki, ale do tego merchu sprzedaliśmy za osiem stów. Są zespoły, które grają koncerty w weekendy, ich członkowie zazwyczaj chodzą w tygodniu normalnie do roboty i tak naprawdę pracują codziennie. W takiej trasie jesteś w koncertowym cugu, grasz przez trzy miesiące, a potem możesz poświęcić czas na przykład na nagrywanie płyty i granie jakichś pojedynczych gigów czy festiwali. Chciałbym, żeby właśnie tak zespół funkcjonował. Nie da się dobrze „rozegrać”, grając tylko w weekendy, to jest coś niemożliwego. Cały ten klimat i muzykę czujesz wtedy zupełnie inaczej.

Nie byłeś zmęczony po kilkudziesięciu kolejno po sobie zagranych koncertach?

Zupełnie nie, zrobiliśmy podczas tej trasy kilka nowych numerów i na bieżąco je próbowaliśmy i ćwiczyliśmy podczas koncertów. Staraliśmy sobie to urozmaicić, każdego wieczoru zmienialiśmy też kawałki w setliście.

Gdybyś mógł, to zmieniłbyś coś w tej trasie?

W sumie to nic, jedynie tych plakatów bym nie rozsyłał. Poza tym uważam, że nie dało się tego zrobić lepiej. Taka trasa to oczywiście bardzo trudna praca, żeby to wszystko zorganizować i dopiąć, ale jest też potrzebny łut szczęścia. Żaden koncert nie wypadł, a jak jedziesz na taką trasę to chcesz jednak zagrać te ustalone 100 na 100. Mieliśmy jakieś plany awaryjne, ale obyło się bez ich wykorzystywania. To wydarzenie otworzyło nam także wiele furtek, zagraliśmy dużo festiwali, do teraz jesteśmy zapraszani przez kluby, w których graliśmy, a przed tą trasą nikt nigdy do nas nie dzwonił. (śmiech) Jest to jakiś sukces, kiedy z nieznanego zupełnie zespołu, staliśmy się zespołem rozpoznawalnym. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, ale w tym świecie menedżerów okazuje się, że każdy o nas słyszał. Pocztą pantoflową szła informacja o tym, co zrobiliśmy. Pamiętam jak dwa lata później Paweł Małaszyński do mnie podchodzi i mówi: „no jak tam ta setka?”, a ja gościa z telewizji tylko znam. (śmiech) Takie odważne pomysły są najlepsze!

Jeśli mówimy o współpracy w branży muzycznej, warto pomyśleć też o współpracy z miastem, w którym działamy. Wszędzie gdzie znajdziemy Wydział Kultury lub inną instytucję kulturalną, można trafić na różnego rodzaju konkursy oraz stypendia skierowane do artystów. Największym problemem jest zawsze znalezienie informacji o tego rodzaju inicjatywach. Gdzie szukać, do kogo napisać, czego oczekiwać? Na te i inne pytania postaramy się odpowiedzieć w niniejszym artykule, który przygotowaliśmy wraz z naszymi tegorocznymi miastami partnerskimi. W pierwszej z dwóch części przeniesiemy się do Wrocławia oraz Lublina, gdzie przybliżymy Wam listę inicjatyw miejskich dedykowanych wsparciu artystów. Zapraszamy.

 

WROCŁAW

CO?
Stypendium artystyczne Samorządu Wrocławia dla młodych twórców, do 30 roku życia.

DLA KOGO?
1. Szkoły i uczelnie;
2. Instytucje kultury;
3. Stowarzyszenia, związki twórcze i inne podmioty, których statutowa działalność obejmuje zadania w zakresie kultury i sztuki;

JAKI TERMIN?
Wnioski należy składać do 31 lipca każdego roku.

GDZIE ZNALEŹĆ INFORMACJE?
Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie Biuletynu Informacji Publicznej Urzędu Miejskiego Wrocławia pod adresem bip.um.wroc.pl

 

CO?
Stypendia na realizację przedsięwzięć.

DLA KOGO?
Osoby zajmujące się twórczością artystyczną, które ukończyły 18 rok życia, których miejscem zamieszkania lub tworzenia jest Wrocław.

JAKI TERMIN?
Wnioski należy składać do 30 marca lub 30 września każdego roku.

GDZIE ZNALEŹĆ INFORMACJE?
Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie Biuletynu Informacji Publicznej Urzędu Miejskiego Wrocławia pod adresem bip.um.wroc.pl

Więcej informacji o powyższych inicjatywach znajdziecie pod adresem: stypendium artystyczne samorzadu Wroclawia

Innych konkursów stypendialnych lub podobnych inicjatyw możecie szukać także wśród wrocławskich instytucji kultury, takich jak:
– Mikrogranty www.wroclaw.pl/mikrogranty
– Strefa Kultury Wrocław www.strefakultury.pl
– Firlej www.firlej.wroc.pl
– Centrum Kultury Zamek www.zamek.wroclaw.pl
– Instytut im. Jerzego Grotowskiego www.bip.grotowski-institute.art.pl

 

CO?
Międzynarodowy konkurs dla zespołów muzycznych.

DLA KOGO?
Dla wszystkich polskich zespołów/artystów.

JAKI TERMIN?
Wnioski należy składać do 30 maja tego roku.

GDZIE ZNALEŹĆ INFORMACJE?
Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie Firleja pod adresem: www.firlej.wroc.pl/projekty-miedzynarodowe/how-far-is-now

 

LUBLIN

CO?
Stypendium na realizację projektu z zakresu twórczości artystycznej lub upowszechniania kultury

DLA KOGO?
Dla osób pełnoletnich, zajmujących się twórczością artystyczną i upowszechnianiem kultury, na realizację projektu z zakresu twórczości artystycznej lub upowszechniania kultury.

JAKI TERMIN?
Projekty stypendialne można realizować między 1 stycznia, a 31 grudnia danego roku.

JAKA WYSOKOŚĆ STYPENDIUM?
Od 2000 zł do 10000 zł brutto.

GDZIE ZNALEŹĆ INFORMACJE?
Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie miasta Lublin w zakładce Kultura, pod adresem lublin.eu/kultura/stypendia/kategorie

 

CO?
Stypendium na czynny udział w międzynarodowym lub ogólnopolskim konkursie, festiwalu, przeglądzie lub projekcie kulturalnym odbywającym się poza Lublinem

DLA KOGO?
Dla osób mieszkających, pracujących lub uczących się na terenie Lublina.

JAKI TERMIN?
Projekty stypendialne można realizować między 1 stycznia, a 31 grudnia danego roku.

JAKA WYSOKOŚĆ STYPENDIUM?
Od 2000 zł do 10000 zł brutto.

GDZIE ZNALEŹĆ INFORMACJE?
Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie miasta Lublin w zakładce Kultura, pod adresem lublin.eu/kultura/stypendia/kategorie

 

CO?
Stypendium za osiągnięcia artystyczne o randze międzynarodowej lub ogólnopolskiej.

DLA KOGO?
Dla osoby mieszkającej, pracującej lub uczącej się na terenie Lublina, która jest laureatem międzynarodowego lub ogólnopolskiego konkursu artystycznego i nie ukończyła 26 roku życia.

JAKI TERMIN?
Projekty stypendialne można realizować między 1 stycznia, a 31 grudnia danego roku.

JAKA WYSOKOŚĆ STYPENDIUM?
Od 2000 zł do 10000 zł brutto.

GDZIE ZNALEŹĆ INFORMACJE?
Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie miasta Lublin w zakładce Kultura, pod adresem lublin.eu/kultura/stypendia/kategorie

 

CO?
Stypendium Kulturalne Bogdanki w Chatce Żaka

DLA KOGO?
Dla młodych artystów i animatorów kultury z regiony Lubelszczyzny.

JAKI TERMIN?
Nabór wniosków potrwa do 16 czerwca br.

JAKA WYSOKOŚĆ STYPENDIUM?
Łączna kwota budżetu stypendialnego to 70 tysięcy złotych.

GDZIE ZNALEŹĆ INFORMACJE?
Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie Akademickiego Centrum Kultury i Mediów, pod adresem: Stypendia kulturalne Bogdanki w Chatce Żaka

 

Innych konkursów stypendialnych lub podobnych inicjatyw możecie szukać także wśród instytucji kultury w Lublinie, takich jak:
– Centrum Spotkania Kultur www.spotkaniakultur.com
– Wojewódzki Ośrodek Kultury www.wok.lublin.pl
– Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych Rozdroża www.rozdroza.com
– Akademickie Centrum Kultury i Mediów Chatka Żaka www.umcs.pl/pl/chatka.htm

Droga każdego muzyka bywa różna – jedni tworzą w duchu idei DIY, idąc przez życie z gitarą i głową pełną marzeń, inni obierają ścieżkę profesjonalnego muzyka, przekonani, że mają przed sobą świetlaną przyszłość. Prędzej czy później każdy stanie jednak przed fundamentalnym wyborem: gdzie i w jaki sposób nagrać swój materiał? W tym artykule chciałbym przybliżyć Wam opcje jakie macie, by zarejestrować swoją krwawicę. 

DYI, czyli zrób to sam

Najtańszym sposobem nagrania muzyki jest zrobienie wszystkiego samodzielnie. Niestety: najtańszy nie oznacza najprostszy. Poza sprzętem, podstawowym narzędziem będzie Twoja wiedza i znajomość programów DAW, takich jak Cubase, Ableton czy Logic Pro. Część z nich jest płatna, ale są też darmowe czy dodawane do różnych urządzeń programy, np. Audacity, Pro Tools First, Presonus One lub bardzo tani, a śmiało konkurujący z czołówką, Reaper. Niemniej w przypadku tych programów trzeba również mieć sporą wiedzę z zakresu ich obsługi oraz obróbki dźwięku, miksu i masteringu. Zatem, jeśli na hasło „kompresja” robisz wielkie oczy i nie masz pojęcia do czego służy equalizer, to przejdź od razu do części poświęconej wyborowi studia nagrań. Jeśli jednak wiesz co w trawie piszczy, nagrywałeś/aś już tracki czy demówki swojej kapeli i chcesz się w tej dziedzinie rozwijać to może być kierunek dla Ciebie.

DIY studio Mosesa Schneidera, który pracował m.in. z The Pixies, Nickiem Cavem, Kreatorem. Jak widać – nie trzeba mieć studia za milion, żeby się dało (foto: www.wdr.de)

Jakie czekają nas koszty? Oczywiście, poza instrumentami, potrzebne będą przynajmniej półprofesjonalne mikrofony. Popularny i bardzo wszechstronny Shure SM57 to wydatek rzędu 500 zł. W podobnej cenie można nabyć całe zestawy „znanej niemieckiej firmy”, które powinny dobrze sprawdzić się przy pierwszych nagraniach. Ponadto niezbędne będzie okablowanie (200-500zł), interfejs audio dzięki któremu połączymy się z komputerem (200-500 zł za dwukanałowy interfejs, ok. 1000zł za sześciokanałowy, 1500-2000 za ośmiokanałowy) i przynajmniej „przyzwoite” słuchawki (150-300zł). I już domowe studio jest gotowe! W taki sposób możesz zrealizować półprofesjonalne nagrania, a przy odrobinie pomysłowości i małej ekwilibrystyki (może część sprzętu da się pożyczyć od kolegów? być może da się skorzystać z domu dziadków?) zamkniesz się w budżecie między 1000-4000 zł. Reszta wydatków to już tylko miks i mastering.

Plusy? Niezależność, nieograniczona ilość czasu, stosunkowo niski koszt, własny sprzęt na kolejne sesje.

Minusy? Wymagana umiejętność obsługi programu DAW, potrzebne miejsce, poświęcenie dużej ilości swojego czasu, a efekt, zwłaszcza na początku, może znacznie odstawać od profesjonalnych realizacji.

Studio nagrań

Jeśli nie masz ochoty samodzielnie walczyć z nagraniami, możesz powierzyć to zadanie specjalistom. Zanim jednak przejdziemy do omówienia konkretnych miejsc, warto od razu zaznaczyć, że praca w studiu wiąże się nie tylko z kosztami za przestrzeń i realizatora. Często zapomina się o wydatkach na noclegi, wyżywienie czy substancje wspomagające kreatywność… Tym wyższe, jeśli studio jest daleko, a zespół liczny. Obciążenia finansowe mogą być naprawdę spore, pamiętaj o tym! 

Najbardziej oszczędną formą będzie nagrywanie w pobliskim studio zaprzyjaźnionego realizatora, który również zaczyna swoją drogę zawodową. Jeśli dogadacie się na symboliczne „dwie stówki” od utworu, to realizator „będzie miał do portfolio”, a Wy nie wydacie fortuny. Do tego trzeba doliczyć opłaty za miks i master, chyba że zrobi to ten sam kolega i również w preferencyjnej cenie.

Przejdźmy do opcji dla średniaków, czyli profesjonalnego studia nagrań. Tu ceny będą mieć już bardzo dużą rozpiętość, bo są uzależnione od długości sesji, wielkości zespołu czy skomplikowania nagrań. Istotne jest także, jak dobrze wy sami przygotujecie się do pracy w studiu. Również presja czasowa jest już o wiele większa, no i zapomnijcie o jaraniu szlugów w realizatorce! Natomiast dużym plusem jest to, że wokół was będzie się krzątać kilka osób, które postarają się spełnić nawet najgłupsze zachcianki. 

Jako przykład podam coraz bardziej popularne warszawskie studio Nebula. Jeszcze niedawno całodniowa sesja kosztowała tam ok. 700 zł, w co wchodzi pełna opieka realizatora i nagranie ścieżek na najwyższym poziomie. Do tego trzeba dodać miks i master, w cenie 500 zł od utworu. Sesja nagraniowa płyty może zamknąć się w 13 tys. zł licząc 10 utworów i, optymistycznie, jeden dzień na utwór.

Opcja najdroższa w tym zestawieniu uwzględnia, poza samymi nagraniami, także specyfikę samego miejsca, klimat i prestiż. W tej grupie można wymienić Monochrom Studio, znajdujące się w Kotlinie Kłodzkiej. Również tam ceny zależne są od wielu czynników i liczone będą indywidualnie, lecz można uznać, że punkt wyjścia to 1500 zł za całodniową sesję. Opieka doświadczonego realizatora, najwyższej klasy sprzęt i cudowne miejsce, pozwalające skupić się w stu procentach na muzyce to wszystko dostaniecie wybierając tę opcję. 

W tym wypadku płaci się także za widok. A ten zapiera dech w piersiach (foto: Monochrom Studio)

Plusy? Klimat, opieka profesjonalistów, specjalistyczny sprzęt, nie jest potrzebna wiedza o nagrywaniu, można skupić się tylko na poprawnym wbiciu śladów.

Minusy? Koszt, presja czasu i finansów, logistyka.

Jak widzisz opcji jest kilka, więc jeśli jeszcze nie jesteś zdecydowany/a, warto porozmawiać z kolegami, którzy proces nagrywania mają już za sobą. Popytaj jaka atmosfera panowała w danym studio, jak wyglądała praca i kontakt z realizatorem, i ile to w ogóle kosztowało. Szukaj również wśród swoich ulubionych zespołów. Zawsze jest przecież informacja w jakim miejscu album był nagrywany i kto go miksował. Jeśli muzyka tam zarejestrowana Ci się podoba, to istnieje duża szansa, że sam(a) będziesz zadowolony/a, pracując z danym realizatorem, w tym właśnie miejscu. 

Powodzenia!