close

Muzyka? Trudny wybór


Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/ksm/domains/takbrzmimiasto.pl/public_html/wp-content/themes/scena/single.php on line 32
Michał Wójcik
04-28-2021

Pop czy jazz? Solo czy w zespole? Po polsku czy angielsku? DIY czy z wytwórnią? Życie muzyka to nieustający wybór, a dzisiejsza rzeczywistość niewiele ułatwia – zamiast rozwiewać wątpliwości z każdym krokiem przynosi ich więcej i więcej. Czasem wręcz mnogość opcji powoduje, że nie umiemy podjąć decyzji i wybrać jednego, konkretnego rozwiązania.

By poradzić sobie z taką sytuacją przyjmujemy różne strategie. Jedni z nas czują się bezpiecznie wybierając „sprawdzoną drogę”. Patrzą na to, co jeszcze kilka lat temu działało i próbują postępować według utartych schematów: szukają menedżera, wytwórni, chcą gościć w telewizjach śniadaniowych i zobaczyć swoją twarz w lokalnej prasie. Inni sięgają po nowości – byli pierwsi na YouTube, FB i Insta, a teraz torują sobie drogę na TikToku i Twitchu, zahaczając o dziesiątki innych e-usług.

Jak w tym wszystkim znaleźć swoją drogę? Niezbędna jest wizja, misja i jasno określone cele – to one cenzurują nam wszystkie wybory. Wspominaliśmy o tym w rozmowie z Magdą Chołyst, pisze też o tym Ewelina Krawczyk w swoim artykule. Pamiętając o tym, że wizja jest niezmiernie ważna, pójdziemy dzisiaj w innym kierunku.

Spróbujemy przyjrzeć się typowym wyborom, które muzyk spotyka na drodze każdego dnia. Tak by, już po określeniu swojej wizji, świadomie podejmować kolejne kroki.

Menedżer czy samozarządzanie?

Nie umiem policzyć ile razy słyszałem pytanie „znasz jakiegoś menedżera?”. W domyśle, takiego, który wyniesie nasz zespół na szczyt. Z całą pewnością menedżer może być przydatny, czasem wręcz niezbędny. Niemniej nie wierzmy w mit peterograntowskiej wszechmocy gościa z walizką pełną pieniędzy, z kontaktami do wszystkich prezesów i z tajemną mocą umieszczenia dowolnego nagrania w największych rozgłośniach.

Peter Grant – legendarny menedżer Led Zeppelin, który potrafił załatwić wszystko, również – podobno – dzięki swoim warunkom fizycznym. Photo: Alamy

Tacy goście (ani babki) nie istnieją. Istnieją specjaliści, którzy jednak na ogół mają co robić i niekoniecznie szukają kolejnego zespołu, który trzeba budować od podstaw. Dlatego im więcej zrobisz samodzielnie, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś się Tobą zainteresuje. 

Wspomniane budowanie to oczywiście dorobek artystyczny, ale również bycie kompletnym „produktem”: opakowanie, wizerunek, wizja, pomysł na siebie, to jak się komunikujesz, Twój fanbase i również – nie oszukujmy się – zdolność generowania przychodów.

Nie trać więc czasu na stanie w miejscu i wieczne poszukiwanie kogoś, kto zrobi coś za Ciebie. To Ty musisz być swoim menedżerem/ką, po to żebyś, gdy nadejdzie właściwa chwila, mógł/a to zlecić komuś innemu. 

Wytwórnia czy wydawanie samemu?

Bardzo niewielka jest szansa na znalezienie wytwórni bez odpowiedniej grupy klientów, czyli fanów, którzy czekają na Twoją płytę. Wytwórnie (w większości) to nie instytucje charytatywne. Chcą zarabiać. Jeśli nie będą mieli pewności, że Twoja płyta znajdzie nabywcę, to małe jest prawdopodobieństwo sukcesu w poszukiwaniach. 

Nic straconego. Zastanów się czy nie warto płyty wydać samodzielnie. Oczywiście to nie kaszka z mleczkiem, ale z drugiej strony całość ewentualnych przychodów pozostaje po Twojej stronie. W typowej współpracy z wytwórnią zarabia się 10-30% po odjęciu kosztów (np. tłoczenia płyt, ale czasem też promocji). W praktyce oznacza to, że często się zarabia się grosze (lub do pewnego pułapu zupełnie NIC).

Jeśli więc jesteś w stanie sprzedać 200 płyt to może lepiej, żeby przychód trafił w całości do Ciebie? A gdy urośniesz na tyle, że sprzedasz ich 500 albo 1000 – nie pożałujesz! Nawet gdy na tym etapie zdecydujesz, że samodzielne wydawanie to jednak nie to, z pewnością łatwiej będzie Ci znaleźć wytwórnię z udokumentowaną sprzedażą poprzednich wydawnictw.

Nawet w wytwórni nie ominą Cię pewne obowiązki – płyty same się nie podpiszą! Na zdjęciu Happysad z pre-orderem „Rekordowo letniego lata”. Życzymy takich problemów w DIY! 🙂

Nośnik czy digital?

Każdy chce mieć płytę, bo kim jest artysta bez płyty? Nie mówię tu o jakichś ulotnych plikach .mp3 czy obecności na serwisach streamingowych, mówię o PŁYCIE! Ale czy aby na pewno warto? Trzeba się z pewnością przyjrzeć statystykom, które mówią, że w obiegu jest coraz mniej nośników i coraz więcej digitalu, a właściwie streamingu. Mówią też, że sprzedaż WINYLI idzie w górę. Ale czy to oznacza, że akurat MY będziemy sprzedawać winyle w zawrotnych ilościach?

Dużo zależy od gatunku, niszy, publiczności docelowej, a najwięcej chyba od… możliwości grania koncertów (z którymi jest teraz, jak jest) – nośniki sprzedają się głównie tam. Jeśli masz szczęście obracać się w niszy, w której wysoko ceni się wspaniale wydany nośnik (metal, jazz) może nie być tak źle. Ale gdy dopiero zaczynasz, a Twoja muzyka nie sprzedaje się w Internecie, to warto rozważyć czy wydanie kilku tysięcy złotych na fizyczne płyty to na pewno dobry pomysł.

Płyty na pewno przydają się przy nawiązywaniu kontaktu np. z dziennikarzami (nie każdy zadowoli się linkiem do pliku), więc kilka krążków promocyjnych warto mieć, ale niekoniecznie od razu nakład tysiąca sztuk, który przeleży w szafie, aż się zupełnie zdezaktualizuje. Wyłącz emocje i pomyśl „tabelkami”, zanim wpakujesz się w kredyt na nośnik, którego nie będziesz miał/a jak sprzedać.

Bandcamp, streaming, własny sklep czy Empik?

Jeśli już o sprzedaży mowa… Streaming jest dziś właściwie podstawowym miejscem gdzie jest każdy, ale gdy rozpatrujemy go w kategorii platformy sprzedażowej, okazuje się, że sprawdza się w tej funkcji raczej mizernie – by zyskać jakiekolwiek sensowne kwoty, trzeba osiągać naprawdę spore ilości odsłuchów, co jest poza zasięgiem większości wschodzących zespołów.

Okazuje się, że Bandcamp w roli platformy sprzedażowej działa dużo lepiej – po pierwsze jest tam społeczność, która kupuje muzykę, po drugie, można do niej bezpośrednio dotrzeć (mailing). Sprawdza się też dobrze jako sprzedaż wiralowa: gdy jedni kupują, inni to widzą i w ten sposób trafiają na Twoją twórczość. W czym się zatem nie sprawdza? Trudniej jest z muzyką polskojęzyczną, zwłaszcza bardziej mainstreamową. Bandcamp to głównie nisze alternatywne, czy to elektroniczne, czy metalowe, więc jednak na ogół poza oficjalnym obiegiem. Im bliżej mainstreamu, tym mniejsze szanse na sukces na tej platformie. 

Może więc słynny Empik? Pamiętam, jak cieszyłem się, gdy nasze płyty tam trafiły. Mina mi jednak zrzedła, gdy zobaczyłem roczne zestawienie sprzedaży: 4 sztuki… W tym samym czasie samodzielnie, na koncertach, sprzedaliśmy w zasadzie cały nakład. Natomiast jeśli celujesz w mainstream i masz odpowiednio szeroką rozpoznawalność – czemu nie! Pamiętaj tylko, że nakład, który musisz dostarczyć do dużej sieci jest niemały (min. 2000 szt.) oraz że każdy pośrednik (np. dystrybutor) pobiera prowizję, więc per sztuka zarobisz znacznie mniej niż we własnym sklepie.

Własny sklep wymaga jednak pewnych nakładów (postawienie i utrzymywanie platformy oraz formalności). Jeśli masz takie możliwości to pamiętaj: po pierwsze nie płacisz żadnej prowizji oraz masz bezpośredni dostęp do swoich klientów, a to w dzisiejszych czasach jest na wagę złota! Tracisz pewną wiralowość możliwą do uzyskania na Bandcampie, ale zyskujesz wiele nowych możliwości dotarcia do słuchacza (za pomocą np. automatyzacji marketingu).

Jak widać sprzedawać płyty można na różne sposoby. Zachęcamy do kreatywności (pamiętacie Podsiadło i jego kiosk?). Na zdjęciu australijski sklep z płytami na kółkach (foto: https://tonedeaf.thebrag.com/)

YouTube czy Twitch

Nie mam zamiaru wchodzić w szczegóły, bo nie są tu wbrew pozorom istotne. O wyborze platformy powinny decydować nie szczegóły, a… Twoja publiczność, Twoja wizja i Twoja konsekwencja. 

Jeśli znasz swoją publiczność i wiesz, z jakiej platformy korzysta, to bądź właśnie tam, a nie gdzie indziej. Jeśli masz już swoją wizję, a ona uwzględnia też to, w jaki sposób się komunikujesz – to właśnie wizja podpowie Ci czy skorzystać z danego rozwiązania.

Natomiast ostatecznie najważniejszą rzeczą jest zawsze konsekwencja. Wiadomo, że mocno wchodzi FOMO (ang. fear of missing out), czyli strach przed wypadnięciem z obiegu na jakiejś platformie. Ale jeśli nie jesteś w stanie konsekwentnie i z zaangażowaniem prowadzić danego kanału, to odpuść. Więcej stracisz (czas, zasoby) niż zyskasz, bo przy niewielkim zaangażowaniu zasięgi są żadne.

Wybierz sobie maksymalnie dwie, trzy platformy, które: 1) docierają do Twojej publiczności, 2) są zgodne z Twoją wizją, 3) jesteś w stanie regularnie zasilać – i bądź właśnie TAM. Nie gdzie indziej. 

Grać czy szukać normalnej pracy?

Naprawdę spodziewasz się odpowiedzi na to pytanie? Oczywiście jest ono „najgrubsze” i najbardziej podstawowe, jednak daleko wykracza poza ramy krótkiego poradnika on-line. 

Jeśli jednak naprawdę chcesz odpowiedzi to poszukaj jej w sobie. Wszystko, co możemy tu napisać to: zainwestuj czas i energię w szukanie odpowiedzi na te pytania (choćby biorąc udział w programie Tak Brzmi Miasto Inkubator!), a wszystkie inne wybory – małe i duże – staną się znacznie łatwiejsze!

Czego życzymy i sobie! 😉

Michał Wójcik
Tak Brzmi Miasto
Gitarzysta, wokalista, menedżer, producent, realizator, techniczny i kierowca zespołu Cinemon. Założyciel i CEO fundacji Krakowska Scena Muzyczna, koordynator i współwymyślacz inicjatyw Tak Brzmi Miasto. Uczestniczył w dziesiątkach konferencji, paneli, warsztatów i lubi się dzielić tym, co myśli - co ma swoje jasne i ciemne strony!
OSTATNIE WPISY:
INNE Z TEJ KATEGORII: